sobota, 22 czerwca 2013

[recenzja]Strażniczka Orelianu

Gdy w kwietniu wydawnictwo Taiga zapowiedziało wydanie trzech tytułów: Strażniczka Orelianu, Pet Shop of Horrors i Walkin' Butterfly, w pierwszej chwili stwierdziłam, że zakupię jedynie ten ostatni tytuł. Spodziewałam się, że Strażniczka Orelianu będzie bardzo średnią mangą, pełną durnych rozwiązań akcji typowych dla skierowanych dla dziewcząt/kobiet tytułów. Ot, taki harlequin w wydaniu japońskim (swoją drogą, japońskie wydawnictwo odpowiedzialne za ten tytuł, rzeczywiście wydaje mangowe harlequiny). Jednak po jakimś czasie stwierdziłam, że jednak kupię i przekonam się naocznie cóż to takiego jest...

Życie księcia Orelianu jest zagrożone. Najbliższa rodzina knuje przeciwko Rudilisowi spisek, by odebrać mu tron. W tym samym czasie bohaterska Aira zostaje wybrana na osobistą strażniczkę księcia. Musi walczyć nie tylko z wrogami Rudiego, ale także z uczuciem, jakim zaczyna go darzyć...

Fabuła mangi nie jest zbyt skomplikowana - książę Rudilis to znany bawidamek, który pewnego dnia jest świadkiem, jak dobrze władająca mieczem Aira ratuje dziecko przed gniewem jakiegoś rycerza. Następnego dnia zostaje ona wezwana na służbę u księciami, który zagrożony jest ciągłymi zamachami na jego życie ze strony popleczników jego macochy. Gdy Aira stoi u boku Rudi'ego ze zdumieniem odkrywa, że książę jest całkiem inny niż w plotkach i pod jego wpływem strażniczka coraz częściej myśli o sobie jako dziewczynie i o swoich uczuciach...

Brzmi znajomo? Aira to oczywiście szlachetna chłopczyca, która pragnie jedynie bronić wszystkich wokół. Do tej pory nigdy nie była zakochana i broni się przed tym uczuciem, gdyż uważa, że przez nie, nie będzie mogła dobrze wykonywać swoich obowiązków. Może i dobrze włada mieczem, ale za to jest mało czujna i uważna, za łatwo się rozprasza, jest kiepska w strzelaniu, ucieka od pilnowanej przez nią osoby gdy targają nią emocje - jednym słowem "idealna" strażniczka. Aż dziwne, że Rudi jakimś cudem przeżył. I ona się jeszcze dziwi: "Dlaczego nikt nie patrzy na mnie jak na rycerza?!" (str. 88). Po czym następuje pewien zwrot akcji, który nazwałam "włosowym żalem", kto czytał, ten wie o co mi chodzi.

Natomiast Rudi to księżę, który przeżył niejedną traumę. Swe nieszczęście chowa pod maską wesołka, jednak tylko jego usta się śmieją. Nazywany wszędzie bawidamkiem, książę jest dobrym, szlachetnym człowiekiem, który chce uszczęśliwiać swoich poddanych. Jest nawet gotów zginąć dla nich. A jego miłość do przyrodniego brata nie pozwala mu na przerwanie tych ciągłych zamachów na jego życie. Uwielbia rozpraszać swoją strażniczkę, żeby tylko zobaczyć jej uśmiech. A także odsuwa ją od siebie bez słowa wyjaśnienia, byle ją tylko chronić przed niebezpieczeństwem. Oczywiście manga nie byłaby pełna, gdyby książę nie uratował swojej strażniczki, która nie dała rady trzem zbirom.

Nie zapominajmy oczywiście o tej stereotypowej "trzeciej" bez której ta manga nie byłaby pełna. No i ta wszechobecna nieobecność króla... (co, na całe szczęście, mangaczka sama zauważyła). Jak dla mnie postacie są zdecydowanie zbyt wyidealizowane, a traumy księcia jakoś mnie nie przekonują. Zwroty akcji całkowicie przewidywalne, zakończenie również.

Podsumowując fabułę [UWAGA SPOILERY]: książę pozwala aby jego uczucia przezwyciężyły rozsądek i nie robi nic, żeby zapobiec zamachom na swoje życie. Zamiast zatrudnić profesjonalnych, osobistych ochroniarzy, angażuje do tego dziewczynę, która również pozwala aby uczucia kierowały jej czynami. Dziewczyna oczywiście mu się podoba, jednak po jakimś czasie odsuwa ją od siebie. Ta, oczywiście, po chwili zwątpienia wraca do swojego księcia, nawzajem się ratują i wszystko kończy się dobrze, zło pokonane, zwykła dziewczyna ma zostać księżniczką, buzi buzi i koniec. [KONIEC SPOILERÓW]

Może mieliście takie wrażenie czytając powyższy tekst, ale nie jest to tak całkiem zła manga. Owszem, postacie nie są najmądrzejsze, ich wybory, decyzje nie zawsze są logiczne. Jednak, gdy przymkniemy oko na te niedoskonałości to fabuła wydaje się nawet przyjemna, jak to shoujo/josei. To taka manga, którą kupi się na drogę dokądś, przeczyta i po chwili zapomni o niej. Jej długość jest idealna - dłuższe roztrząsanie uczuć, uniki, wprowadzanie kolejnych postaci do czworokąta/pięciokąta całkowicie by zniechęciło czytelników. A tak mamy zamkniętą całość którą możemy odłożyć, ze spokojem, na półkę.

O samym świecie w którym rozgrywa się akcja Strażniczki Orelianu niewiele jest powiedziane. Na samym początku tomu mamy "Mapę Królestwa Orelianu", która pokazuje ów Orelian jako część większej całości, a nie szczegółowo tylko królestwo, jakbyśmy mogli się spodziewać. Jak już wspomniałam - król nie został nigdzie pokazany, najwyraźniej to biedny książę Rudi musi pełnić jego obowiązki. Nie wiemy jaka jest sytuacja ekonomiczna kraju, jakie stosunki ich łączą z sąsiadami, na jakim poziomie stoi technika. Jednak jak widać, panuje tam równouprawnienie, gdyż jakoś nikogo nie dziwi Aira w roli strażniczki-rycerza i nikt nie przekonuje księcia, że męski ochroniarz lepiej sobie poradzi. No, ale to manga, a nie życie.

Strażniczka Orelianu nie jest pierwszą mangą narysowana przez Rin Kouduki, jednak we wcześniejszych dziełach odpowiadała ona jedynie za stronę graficzną. Tutaj zarówno fabuła jak i rysunek jest jej samodzielną pracą (oczywiście w domyśle, gdyż nie zapominajmy o asystentach i edytorach). Patrząc się na kreskę nie ma wątpliwości, że czytamy komiks przeznaczony dla płci pięknej. Ładne, szczupłe dziewczęta z dużymi oczami, męscy bishouneni. Niestety, autorka nie ustrzega się błędów, przykładem może być chociaż "byczy kark" i wielgachne dłonie Rudiego na okładce (która powinna być najładniejszym rysunkiem z całego tomiku, bo ma przyciągnąć nabywców). Autorka korzysta często z rastrów, wielokrotnie naszych bohaterów otaczają rysunki kwiatów (dla podkreślenie romantyczności sceny) i inne ozdobniki. Niektóre tła pozostawione zostały puste, jednak nie zdaża się to aż tak często. Tam gdzie trzeba są rysunki otoczenia, jednak nie są one nadmiernie szczegółowe. O ile na początku tomiku sceny walk są narysowane po prostu kiepsko, to na końcu autorka rozplanowała je znacznie lepiej i można się w nich połapać o co chodzi.

Okładka Strażniczki nie zachwyca - powyżej opisałam błędy w rysunku Rudiego, ale talia Airy wygląda również dziwnie. Podobają mi się natomiast delikatne kolory kwiatów i sukienki. Gorzej jest z tytułem - osobiście widziałabym go raczej na wysokości talii bohaterów - a nie w lewym górnym rogu. Mimo, że zasłoniłoby to trochę rysunek, to byłby on bardziej widoczny. Obecnie mam wrażenie, że po prostu brakuje tytułu na okładce. Grzbiet - tutaj mamy fatalną sytuację. Ktoś źle wymierzył tomik i grzbiet został wydrukowany za szeroki, przez co nachodzi on na, zarówno, okładkę przednią, jak i tylną. Ponadto nie podoba mi się, że grzbiet jest przeźroczysty i widać część obrazka obwolutowego, no i kolor loga Taigi pasuje tu jak pięść do nosa. Sam fiolet na grzbiecie wygląda znacznie lepiej na żywo niż na komputerze. Zresztą wszystkie kolory wyglądają na bardziej nasycone. Na tylnej okładce również mamy obrazek głównych bohaterów (znacznie lepszy, niż na okładce). Na skrzydełkach też mamy kolorowe obrazki, streszczenie fabuły i krótki biogram autorki (nie wiadomo dlaczego, jej imię i nazwisko jest napisane "na odwrót"). Pod obwolutą znajdziemy dokładny biało-fioletowy przedruk obwoluty.

Sam tomik ma całkiem spory format (130x182mm), praktycznie taki sam jak Alicja w Krainie Serc od StudiaJG. Klejenie jest bardzo dobre - manga otwiera się bezproblemowo, nie trzeba się obawiać, że coś się popsuje. Papier jest biały, niestety, mimo, że na oko wydaje się, że nie jest cienki, to jednak część rysunków prześwituje przez strony. Oczywiście, najbardziej tam gdzie kadry są puste (podobnie jak w DOGSach). Nie jest to problem wszystkich stron, jednak tam gdzie to występuje, jest to trochę irytujące. Za to po przeczytaniu tomiku papier mi nie falował. Marginesy wewnętrzne są zarówno bardzo dobrze wymierzone, jak i zdażają się strony, gdy go brakuje i ucinane są nieco wypowiedzi (str. 35).

Widząc przykładowe strony zaprezentowane przez Taigę, wydawało mi się, że edycja i typesetting będą bardziej atutem niż wadą. O ile sama czcionka nie jest zła (jak dla mnie, bo słyszałam inne opinie), to problemem są wielkie odstępy pomiędzy wersami. Ponadto uważam, że użyto za mało rożnych czcionek - prawie cały czas trzymano się tylko tej jednej. Także typesetting pozostawia wiele do życzenia, zwłaszcza na początku - najboleśniej wygląda to na str. 4, a na 87 stronie część tekstu nie została w ogóle wklejona. Ponadto pojawiał się niekiedy czarny kolor czcionki na ciemnym tle - co ciekawe, na części stron w takich wypadkach tekst był jeszcze powleczony białym obrysem, a na części nie. Tak jakby robiły to dwie osoby, jednak według strony redakcyjnej - tylko jedna. Onomatopeje w większości zostały wymazane, chociaż sporo jest też tych pozostawionych w oryginale z dodanym polskim odpowiednikiem (wyjątek na str. 15). Dużą wadą są też nieliczne przypadki wymazania onomatopeji czy japońskiego tekstu i wklejenie polskiego odpowiednika bez uzupełnienia braków powstałych podczas mazania (chyba rozumiecie o co mi chodzi?), przykład znajdziecie na 45 stronie. Niby tak bardzo się nie rzuca to w oczy, ale takie niedbalstwo powinno być naprawione. Ciekawostką tomiku jest numeracja znajdująca się na każdej stronie, chociaż na różnej wysokości (niekiedy jest prawie ucięta). Na koniec tej części wymieniania wad jeszcze sprawa dwóch zapowiedzi kolejnych tytułów tego wydawnictwa. Wyraźnie po nich widać, że są to kolorowe obrazki, które zostały wydrukowane w czerni i bieli, przez co wyglądają, jak dla mnie, okropnie.

Wraz z nowym wydawnictwem, pojawił się nowy tłumacz na polskiej scenie mangowej - Agnieszka Budzich. Na tle powyższych wad wydania, tłumaczenie sprawia dobre wrażenie. Może bez polotu cechującego takiego Pawła Dybałę, ale jest ono jak najbardziej poprawne. Czasem bym coś przeredagowała, parę razy bym usunęła słowo "ja". Zdumiała mnie onomatopeja "HISS" na 128 stronie. Myślę, że jak na debiut to tłumaczka wypadła całkiem nieźle, jednak nie może spoczywać na laurach i doskonalić swój warsztat.

Obracając się tyle lat w światku mangowym, wielokrotnie słyszałam, że ktoś ma marzenie, żeby założyć wydawnictwo mangowe, które będzie wydawać same jego ulubione pozycje. Wysyp trzech wydawnictw w ciągu jednego roku wskazuje, że nie jest to aż takie trudne - założyć można, problemem jest się utrzymać. Ważny jest odpowiedni dobór tytułów - jednotomówka w tym momencie wydaje się idealnym rozwiązaniem. A więc, czy Strażniczka Orelianu była udanym debiutem? Osobiście stwierdziłabym, że nie była nieudanym, jednak niedociągnięć jest sporo. Spodziewałam się średniej fabuły - i się na tym nie zawiodłam. Shoujowata kreska - jest. Tłumaczenie poprawne - jest. Błędy w przygotowaniu do druku - są, tak jak myślałam, że będą. Zawiodłam się natomiast na edycji i typesettingu, sorry, ale niektóre skanlacje są lepsze.

Co teraz powinno zrobić wydawnictwo Taiga? Myślę, że powinni uważnie wynotować wszystkie wady i usterki jakie punktują im czytelnicy, a następnie nie popełnić tego typu błędów w następnych, zaplanowanych nowościach. Yumegari też nie wywarło szczególnie dobrego wrażenia debiutancką Carciphoną, jednak wzięli się za siebie i nie trzeba się aż tak niepokoić kupując od nich nowy tytuł. Jako, że niezmieniłam zdania co do Pet Shop of Horrors, to mam nadzieję, że trzeci z kolei tomik będzie już prawie ideałem i moja recenzja Walkin' Butterfly będzie znacznie bardziej pozytywna.


W przyszłym tygodniu pojawi się recenzja Alice in the Country of Clover: Ace of Hearts. Tomik już przeczytałam i niedługo się zabiorę za pisanie (jeśli kogoś w ogóle to interesuje, oprócz, oczywiście, zandam).

12 komentarzy:

  1. "Oczywiście manga nie byłaby pełna, gdyby książę nie uratował swoją strażniczkę, która nie dała rady trzem zbirom."
    Powinno być "swojej księżniczki" :p

    Recenzja odzwierciedla moje wrażenia po lekturze, chociaż osobiście (po tych wszystkich wypowiedziach na temat tego, jak się postarają, żeby wydanie prezentowało odpowiedni poziom) byłam zawiedziona tym, że całość pod względem edycji, wyglądała, jakby to robili niestarannie i na ostatnią chwilę.

    Gdyby wcześniej nie wspominali o tym, że dopracują to wydanie, tak żeby każdy był z niego zadowolony itp, to ostatecznie byłabym raczej zadowolona (chociaż ten papier mnie irytuje niemiłosiernie), bo przynajmniej tłumaczenie da się czytać dosyć płynnie (najgorzej wyszła notka odautorska na samym końcu), ale po tych stwierdzeniach i zetknięciu z rzeczywistością jestem trochę zawiedziona i poczekam za opiniami innych, zanim zdecyduję się kupić następny tytuł.

    Jeśli poprawią, to co im teraz nie wyszło, to dalej będę kupowała ich ofertę; jeśli nie, to sobie odpuszczę następne irytacje...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A co do Ace'a... Po co w ogóle się pytasz? :p Wprawdzie skany już kiedyś czytałam, ale tłumaczenie było kiepskie, więc z chęcią się zapoznam z Twoją recenzją i pooglądam zdjęcia. ;)

      Usuń
    2. Pamiętam, że to zdanie poprawiałam ze dwa razy, dlatego pewno mi padła odmiana ;D A księżniczka, rzeczywiście by pasowała ;P

      Rzeczywiście, zapomniałam zupełnie o tym co pisali, że się starają... Oby lepiej bardziej się starali... Swoją drogą myślałam, że pracownicy Taigi mieli trochę doświadczenia ze skanlacjami i mają dobre pojęcie o edycji/typesettingu i dlatego byłam tak tym zawiedziona - to były tylko takie gdybania, niczym nie poparte ;) Jednak doświadczenie to dobra rzecz, choć nie zawsze legalna ;D

      A co do Ace'a - to miałą dopisać "oprócz zandam", ale zajęłam się czymś innym i wyleciało mi z głowy ;) Ja, przeczuwając wydanie, nie sięgnęłam do skanów i bardzo się cieszę, bo sprawdziłam dzisiaj pewną scenę, jak była w skanach (żeby sprawdzić czy na pewno dobrze ją zrozumiałam, bo nie miałam 100% pewności i naprawdę w pewnym momencie tłumaczenie strasznie się od siebie różni).

      Usuń
  2. Twoje recenzje są naprawdę porządne, a dodatkowo czyta się je z przyjemnością i zainteresowaniem. Naprawdę zasługuje to na pochwałę.

    Mangą nie jestem zainteresowana, ale byłam ciekawa wydania pod kątem edycji i tłumaczenia. Jak się okazuje, wypadło dosyć nędznie... Trzeba mieć nadzieję, że wezmą do serca uwagi i następnym razem bardziej się postarają. Konkurencja na rynku jest wysoka, więc... wóz albo przewóz.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Uch, dziękuję, aż się zarumieniłam :) Staram się.

      No niestety, gdyby natomiast dłużej popracowali nad wydaniem, to by wszyscy narzekali na to, że się spóźniają.

      Usuń
  3. Dobra, bardzo obszerna i szczegółowa recenzja. Ostatnio takich ze świecą szukać, bo albo wszystko jest do bani albo cacy, miód, cud i orzeszki :) Manga zdecydowanie nie dla mnie, bo choć cukierkowe okładki mi się podobają, to taka fabuła już mniej. Za to ten Pet Shop wydaje się interesujący nawet, liczę że go zrecenzujesz ^^

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niestety, ale Pet Shop of Horrors mnie nie zainteresował i nie planuję obecnie jego kupna. A też i nie mam od kogo pożyczyć, więc recenzji raczej nie będzie :(

      Usuń
    2. Ok, rozumiem ;)

      Usuń
  4. Recenzja jak zwykle bardzo ciekawa i "kompletna":). Ja skonfrontuję ją z własną opinią dopiero w przyszłym tygodniu (wtedy odbiorę z poczty swój egzemplarz "Strażniczki"). Już teraz mogę tylko stwierdzić, że ten zachodzący na okładkę grzbiet wygląda nieciekawie:/. Mam nadzieję, że reszta błędów (np. prześwitywanie) nie będzie zbyt rażąca.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niestety, wygląda fatalnie. Ciekawe kto zawinił? Nie pamiętam, żeby w jakiejś mandze coś takiego się zdażyło.

      Usuń
    2. Bo się nie zdarzyło. :p
      Dlatego, jak to zobaczyłam, to pomyślałam, że może źle złożyli okładkę... złudne nadzieje.

      Natomiast ja mam nadzieję, że Taiga zacznie czytać komentarze i poprawi swoje błędy... szkoda by było, gdyby pierwsze joseiowe wydawnictwo miało paść w trakcie z tego powodu (vide sytuacja z Egmontem i ich seriami)...

      Usuń
  5. Tyle wydawnictw nowych, poważnie zaczynam nie nadążać :D

    OdpowiedzUsuń