sobota, 12 października 2013

[recenzja]Sherlock Bones tom 1

Ostatnimi czasy Sherlock Holmes przeżywa swój renesans. Głównie za sprawą angielskiego serialu Sherlock, wokół którego narosła zagorzała grupa fanów. Nie dziwne więc, że wszyscy chcą nieco na tym zarobić. Rok temu dostaliśmy Young Miss Holmes od Seven Seas, a ostatnio recenzowane tutaj Sherlock Bones od Kodanshy USA. To jeszcze nic - w Japonii wydano jeden tom mangi bazującej na serialu... Osobiście nigdy nie byłam fanką angielskiego detektywa, wolałam Herkulesa Poirota - jednak jako miłośniczka kryminałów nie mogłam przejść obojętnie...


When Takeru adopts his new pet, he's in for a surprise—the dog is none other than the reincarnation of Sherlock Holmes, the famous detective. What's more, this "Sherdog" has decided that Takeru is the reincarnation of his long-time assistant, Dr. Watson. Takeru may think Sherdog (or he himself) is crazy, but with no one else able to communicate with Holmes, he's roped into becoming the canine's assistant all the same. Using his exceptional sleuthing skills, Holmes uncovers clues to solve the trickiest crimes.

Takeru to japoński licealista uczęszczający do London Academy High School. Uwielbia psy i jest niesamowicie podekscytowany, gdy udaje się schroniska, aby przygarnąć jednego z nich, choć najchętniej wziąłby je wszystkie ze sobą. Jego wybór pada na słodkiego brązowo-białego długouchacza (niestety nie znam się na czworonogach i nie wiem co to za rasa) o inteligentnym spojrzeniu z którym poczuł nagle jakąś niezwykłą wieź. W drodze do domu wpada na swojego ojca policjanta i razem są świadkami wypadku samochodowego. Wydaje się to dość typowe zdarzenie, jednak przygarnięty piesek, który w międzyczasie dostał imię Sherdog, zaczyna wszędobylsko włazić w różne miejsca. Dzięki temu odkrywają, że poszkodowany kierowca wcale nie jest taki niewinny, jak wszyscy myśleli. Po powrocie do domu zwierzak odnajduje fajkę kupioną niegdyś w Anglii i zaczyna mówić ludzkim głosem... oczywiście tylko do Takeru. Okazduje się, że Sherdog to reinkarnacja najsłynniejszego brytyjskiego detektywa - Sherlocka Holmesa, a Takeru Wajima, którego nazwisko można również przeczytać jako "Wa To Son" jest reinkarnacją jego pomocnika doktora Watsona.

Oczywiście Takeru na początku ich znajomości nie dowierza pieskowi, jednak dość szybko przyjmuje to wszystko do wiadomości. Zwłaszcza, że za rogiem czyha już następna zbrodnia - zabity został jeden z uczniów z jego szkoły, a Sherdog widział jego mordercę. Znając personalia tej osoby, pozostaje im tylko wydedukować jak udało się przestępcy zapewnić sobie niepodważalne alibi. Morderstwo zostało upozorowane na samobójstwo, więc nawet Airin Wajima (reinkarnacja Irene Adler), starsza siostra Takeru będąca policyjnym detektywem nie jest w stanie do końca pomóc naszej dzielnej parze. We dwójkę (nastolatek i pies) muszą samotnie zmierzyć się z zimnokrwistym zabójcą. Oczywiście w nocy, na odludziu, dziwiąc się potem, że nagle coś im zagraża z jego strony. Chciałabym powiedzieć, że to żart - niestety nie mogę. Mam ostatnio uraz do takich rzeczy. Czytałam niedawno książkę w której policyjna detektyw w siódmym miesiącu ciąży konfrontowała się samotnie z mordercą w opustoszałej hali. Oczywiście nie wezwawszy wcześniej posiłków, mimo, że miała okazję. A potem dziwiła się, że chce ją zabić i że może stracić dziecko.

Więcej o fabule nie wspomnę, gdyż to by były same spoilery dotyczące zagadki, która zajmuje cztery z pięciu rozdziałów i jest to opowieść zamknięta (pierwszy rozdział był "zapoznawczy"). Na razie nie widać żadnego ogólnego wątku, chociaż trzy pierwsze strony tomu mogą na to wskazywać. Na końcu mangi znajdują się uwagi od tłumacza, szumnie zachwalane na tylnej okładce jako "special extras after the story!"...

Główny (ludzki) bohater to przeciętny japoński nastolatek, dorastający w rodzinie aktywnych/byłych policjantów, wesoły, przyjacielski, z dobrym serduszkiem, pełen empatii. Do jego słabości należy brak umiejętności pływackich. Wydaje się mądrym i inteligentnym chłopcem, jednak jego konfrontacje z mordercą mogą sugerować, że wcale nie takim nie jest. No, albo jest po prostu lekkomyślny. Nie wyróżnia się niczym specjalnym, może uporem, który sprawia, że wciąż nazywa Sherlocka - Sherdogiem, mimo jego wyraźnego sprzeciwu. Natomiast nasz detektyw w zwierzęcej postaci odznacza się wielką pasją w rozwiązywaniu zagadek, niezwykłą dedukcją, zręcznością w posługiwaniu się telefonem komórkowym oraz wielką fajką w ustach. No i ogólną słodkością. Wydaje się pogodzony ze swoją formą - jak się okazuje, Takeru nie jest jego pierwszym "panem", chociaż nie wiadomo, czy z poprzednim też rozmawiał. Inną postacią o której warto jeszcze napomknąć to Miki Arisaka, koleżanka z klasy "dra Watsona", sympatyczna i empatyczna dziewczyna. Do której, znając życie, nasz bohater coś czuje. O większości rodzinki już wspomniałam, została tylko matka, była policjantka.

Gdy pierwszy raz usłyszałam o tej mandze, uznałam to za jakieś absurdalne dziwactwo. Sherlock jako pies? Rozwiązujący zagadki wspólnie z japońskim nastolatkiem? Czego to ludzie nie wymyślą. Później dowiedziałam się, że osoba odpowiedzialna za scenariusz pracowała również przy niektórych seriach Kindaichiego (chociaż nie tej wydanej u nas), a także kilku innych znanych seriach takich jak np. Psychometrer Eiji, Bloody Monday, Psycho Busters. Uznałam, że spróbuję, bo lubię kryminały. Niestety, wskazanie wieku na tylnej okładce 13+ jest jak najbardziej trafne. Morderca i jego motywy były znane od początku, co według mnie całkiem popsuło lekturę. Sposób w jaki została popełniona ta zbrodnia, był tak łatwy do odgadnięcia, że chyba naprawdę tylko dziecko by się nie domyśliło. Kaszka z mleczkiem. Dlatego tak bardzo mnie rozbawiło końcowe oświadczenie Sherdoga, że "ta sprawa była trudna nawet dla Sherlocka".

Nie podobały mi się też wstawki ecchi. Wydają się one zrobione na siłę, zupełnie niepotrzebnie. Ot by zadowolić paru chłopaczków (i edytorów). Z pozytywów można wymienić okazjonalny humor, który wynika w większości z relacji Takeru-Sherdog i ich utarczek słownych. Jednak większość tomu jest bardziej poważna. Niestety, takie wymieszanie nie do końca udało się autorom. Nie mogłam się zupełnie wczuć w dramatyzm i napięcie, jakie powinno towarzyszyć niektórym scenom. Także, takie poważne sprawy jak szkolny mobbing czy samobójstwo potraktowane zostały według mnie zbyt lekko, tak jakby nie chciano wgłębiać się w niewygodne tematy.

Kreska Yuki Sato nie wyróżnia się niczym specjalnym. Dość realistyczna jak na mangowe standardy, prosta, czysta (dużo białego) i w większości przypadków niezbyt szczegółowa. Jednak gdy trzeba - szczegóły się pojawiają, jak np. w rysunkach samochodów. Postacie są sympatyczne, przyjemne dla oka, chociaż pare razy zaszwankowały mi proporcje. Piesek na całe szczęście narysowany jest bardzo dobrze (mangacy często mają problemy) i jego komiczne miny sprawiają dużo radości, tak jak cała jego "urokliwość". Niestety doczepiłabym się do wyglądu nauczycielki Takeru - wygląda zdecydowanie zbyt młodo jak na prawie-czterdziestkę. Tam gdzie trzeba mangaczka stara się oddać dramatyzm m.in. rastrami, ciemnym tłem - czasem przesadza i postacie wyglądają zbyt... nie wiem jak to nazwać - nienaturalnie? Jednak ogólne wrażenie jest całkiem pozytywne.

Na początku wspomnę, że Sherlock Bones to moja pierwsza manga Kodanshy USA. Tom jest wydany w zwykłym amerykańskim standardzie - format 19 cm x 12,5 cm, brak obwoluty, brak kolorowych stron, lekko szarawy, dość gruby, nieprześwitujący papier. Na okładce widać dwójkę głównych bohaterów, a w tle układankę z Big Benem. Mimo że Takeru to reinkarnacja dr Watsona, to ubrany jest bardziej jak Sherlock. Grzbiet to standard bez żadnych dodatków - tytuł, autorzy, numer tomu i logo wydawnictwa. Na tylnej okładce bez fajerwerków - tylko opis tomu. Wyraźnie widać, pierwsze sześć stron mangi było w którymś momencie kolorowych, gdyż są znacznie ciemniejsze. Na szczęście widoczne są wszystkie szczegóły, co często jest problemem w polskich edycjach.

Tom otwiera się lekko i nie ma strachu, że się rozpadnie. To ważne, gdyż brakuje wewnętrznych marginesów, co sprawia, że trzeba często szerzej rozwierać wolumin. Cierpią na tym teksty znajdujące się przy grzbiecie, zwłaszcza w środku tomu. Niektóre literki są czasem w ogóle niemożliwe do zobaczenia (rzadko to się zdarza, ale nie powinno w ogóle). Numeracja stron pojawia się dość rzadko i skacze sobie po stronach - czasem jest tuż przy krawędzi strony, czasem nieco wyżej. Wyraźnie też widać, że poprzycinane są kadry.

Onomatopeje pozostawione zostały chyba wszystkie. Nawet te super-extra łatwe do zmazania. Obok nich wstawiono tłumaczenia, jednak niekiedy w takich miejscach, że wygląda to na zupełnie coś innego. Typesetting nie jest idealny i chętnie sporo poprzesuwałabym. Czcionki są ok, bez szału. W jednym miejscu brakuje litery. Na 19 stronie jest tak maleńki przypis, że ledwo da się go odczytać. Tłumaczenie jest w porządku, bohaterowie mówią dość prostym językiem, kompletnie nie musiałam sięgać do słownika. Mowa Sherdoga jest lekko stylizowana na starszą, ale tylko nieznacznie. Tym co jeszcze rzuca się w oczy to pozostawione japońskie honoryfikanty - sensei, kun, nechan. Wiele wydawnictw od tego odchodzi, jednak jak widać, nie wszystkie.

Gdybym była 10-15 lat młodsza i mniej wymagająca pod względem zagadek kryminalnych, pewno mi by się ten tytuł spodobał znacznie bardziej. Środek ciężkości wydaje się przechylać w stronę rozrywki niż tajemnicy. Myślałam, że to wypadek przy pracy/takie wprowadzenie, jednak opis drugiego tomu wskazuje na to, że znów będzie tam morderca znany od początku... Co dla mnie zabija całą przyjemność śledzenia dążeń detektywów do odkrycia prawdy. Jednak spodziewałam się czegoś lepszego, zarówno pod względem fabularnym, jak i wydania. Jednak jedenaście dolarów piechotą nie chodzi...

4 komentarze:

  1. Dziękuję za oszczędzenie mojego portfela. ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Ooo, ależ czekałam na ten tekst!
    I, niestety, szkoda, że mango jest tak rozczarowujące. W sumie, nie można się za wiele spodziewać po czymś o Szerloku reinkarnowanym w piesku, ale jednak, no, ecchi już zupełnie mi do takiego tytułu nie pasuje, reinkarnowanie Adlerowej jeszcze na dokładkę, niezbyt zachęcające toto.
    Dzięki, że odwiodłaś mnie od zainteresowania tym tytułem - więcej forsy zaoszczędzonej na artbooki.
    No i też wolę Poirota ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No cóż, to jednak pozycja dla nastoletnich chłopców ;) Bez ecchi się nie sprzeda ;D

      Usuń