poniedziałek, 27 stycznia 2014

[recenzja]Beast Master tom 1

Ostatnio, mam wrażenie, zrobiło się nieco modne wydawanie tytułów od autorów, którzy już zagościli nad Wisłą. Moto Hagio (Klan Poe, Było ich jedenaścioro), Yoshiki Tonogai (Doubt, Judge), Junji Ito (Uzumaki, Gyo), Kaoru Mori (OPM, Emma), Lee Hyeon-sook (Savage Garden, Kwiaty zła), Hinako Takanaga (Croquis, Liberty Liberty!, Zakochany tyran), Tetsuya Tsutsui (Duds Hunt, Prophecy), CLAMP (X, Chobits, Wish, Kobato.), Hiromu Arakawa (FMA, Silver Spoon). W ten nurt wpisuje się również Beast Master, autorstwa Kyousuke Motomi, odpowiedzialnej za wciąż wydawane Dengeki Daisy.

Yuiko Kubozuka kocha zwierzęta. Niestety, jest to miłość nieodwzajemniona. Pewnego dnia w szkole pojawia się nowy uczeń: Leo Aoi. Chłopiec, z wyglądu przypominający dziką bestię, skrywa pewien sekret...

Yuiko to zwykła nastolatka uczęszczająca do zwykłego liceum gdzieś w Japonii. Tym co wyróżnia ją od innych to przeogromna miłość do zwierząt, które najchętniej by zagłaskała (na śmierć). Na nieszczęście dla niej uczucie te jest nieodwzajemnione - z jakiegoś nieznanego powodu wszystkie futrzaki (i nie tylko) uciekają od niej gdzie pieprz rośnie. Jednak nasza dzielna dziewoja się nie poddaje i niestrudzenie szuka okazji do przytulanek.

Pewnego dnia kot naszej bohaterki ucieka na drzewo, a że akurat szaleje burza sytuacja wydaje się dość niebezpieczna. Dziewczynie nie udaje się przekonać zwierzaka do zejścia, jednak na szczęście przybywa ratunek! Kociaka ocala dziwny, ciemnowłosy chłopak z twarzą pokrytą krwią i strasznym spojrzeniu. Zanim Yuiko otrząśnie się ze zdumienia i mu podziękuje - znika bez śladu. Oczywiście na tym nie kończy się znajomość tej dwójki, bo jakże by było inaczej - ów młodzieniec następnego dnia okazuje się nowym uczniem w klasie naszej zwierzomaniaczki, strasząc wszystkich swoim wyglądem "dzikiej bestii". To (zupełnie niespodziewane!) spotkanie w szkole staje się początkiem wielkiej przyjaźni, a może czegoś więcej?

Leo Aoi, bo tak nazywa się owa męska postać, okazuje się zupełnie inną osobą, niż wszyscy myślą. To milutki, słodki chłopiec, nieco naiwny, ciekawy świata, pragnący przyjaźnić się ze wszystkim, jednak zdający sobie sprawę z tego, że jego aparycja może odstraszać. Mimo że przez większość czasu wydaje się głupiutki, w chwili potrzeby można liczyć na niego. Ci którzy go nie znają traktują jak nieokiełznane zwierzę - a jedyną osobą która od razu pragnie się z nim zakolegować jest oczywiście Yuiko, od tej chwili nazywana poskramiaczką bestii. Co wcale nie jest przesadzone, gdyż przed przybyciem do Japonii bohater mieszkał na afrykańskiej sawannie, gdzie musiał m.in. walczyć z groźnymi drapieżnikami. Wywołało to u niego pewne schorzenie - gdy zobaczy krew wpada w szał i traci kontrolę nad sobą. A że wokół naszej parki kręci się wiele osób, które dziwnym trafem mają wobec nich złe zamiary - sytuacja może się bardzo niebezpiecznie zaognić i doprowadzić nawet do czyjejś śmierci.

Przez całe cztery rozdziały widzimy, dość schematyczne, zmagania naszej dwójki z różnymi problemami - a to banda łobuzów, gwałciciel, zagubiony oraz bezdomny pies czy zrozpaczona dziewczyna. Wszystko podane w komediowym sosie, ze szczyptą szaleństwa i nieprawdopodobnych zdarzeń. Siłą napędową tytułu wydają się postacie - nieco odstające od typowych shoujo bohaterów, zwariowane. Yuiko, maniaczka zwierząt, oddana przyjaciółka, życzliwa, uczynna dziewczyna, jednak dość lekkomyślna. Kto normalny rzuca się na rozszalałą bestię, aby ją uspokoić? Pomijając to wszystko wydaje się dość zwyczajną dziewczyną o całkiem silnym charakterze. Leo, totalnie rozbrajający słodziak, którego chce się tylko przytulić. Albo uciec od niego jak najdalej - zależy jak na ciebie spojrzy. Mimo dość nieciekawego życiorysu i sytuacji rodzinnej nie chodzi przygnębiony i cieszy się z każdego dnia. Bosu - z wyglądu groźny yakuza o gołębim sercu, obrońca uciśnionych. Toki - opiekun Leo, mieszkający z nim w Afryce, mający bzika na punkcie swojego podopiecznego, lubiący wygłaszać dramatyczne przemowy. Z bardziej zwyczajnych bohaterów pokazujących się w tomiku mamy kolegów i koleżanki ze szkoły - jedynym chyba wymienionym z nazwiska jest przewodniczący klasy Sasamoto, syn policjanta, który sprawia trochę kłopotów naszej parze.

W krótkich przerwach pomiędzy radzeniem sobie z kłopotami, widzimy wciąż rozwijające się relacje pomiędzy Yuiko i Leo. Przede wszystkim nie jest to wybuch wielkiej miłości z którejś strony (lub obu), raczej serdeczna przyjaźń, przywiązanie i zauroczenie które może przekształcić w coś więcej. Obydwoje opiekują się sobą na swoje własne sposoby, zwłaszcza główna dziewoja, która wprowadza naszego dzikusa w cywilizowany świat. Ten wątek akurat jest potraktowany dość lekko - owszem, chłopak nie zna pewnych aspektów naszego codziennego życia, czasem wychodzi z niego afrykańskie wychowanie, jednak w ogólnym rozrachunku nie odstaje bardzo mocno od innych. No i szybko się uczy.

Moja pierwsza styczność z tym tytułem nastąpiła jakieś pięć lat temu i pamiętam, że opis mnie jakoś specjalnie nie zachęcał do przeczytania. Jednak gdy już się zabrałam to połknęłam całość. Nie jest to manga wybitna - jednak podobnie jak inne krótkie mangi Kyousuke Motomi ma nieco postrzelonych bohaterów, lekko zwariowaną, nieskomplikowaną fabułę, sporo humoru i delikatny romans. Pojawiają się też poważniejsze kwestie - jednak podane są one w stosunkowo niedużej ilości czym nie zakłócają komediowego charakteru mangi. Typowe shoujo motywy też znajdziemy, jednak na tyle umiejętnie poprowadzone, czasem zakręcone, że nic tak bardzo nie razi. Yuiko (odejmując zwichrowany stosunek do zwierzaków) przypomina mi Teru z Dengeki Daisy - nie tylko pod względem wielkości klatki piersiowej, ale charakteru. Toki natomiast Souichiro.

Na koniec tomiku otrzymujemy jeszcze 30-stronnicowy one-shot, nie związany kompletnie z główną fabułą, pt. Fly. Opowiada o Yui, licealistce, która chciałaby zostać pilotem, jednak jej rodzina oczekuje, że będzie w przyszłości lekarzem. Obiecuje sobie, że podąży za swym marzeniem jeśli do czasu wypełnienia deklaracji dotyczącej wyboru uczelni zobaczy tęczę. Pomaga jej w tym Arata, szkolny kolega. Historyjka jest całkiem przyjemna, choć bez specjalnego polotu. Ciekawostką może być przyznanie autorki, że zajęła ona jedno z ostatnich miejsc w (jakiejś) ankiecie czasopisma Betsucomi Deluxe. Po znacznie mniej starannej kresce można stwierdzić, że została ona opublikowana sporo wcześniej od Beast Mastera. Z innych dodatków mamy rysunki oraz teksty odautorskie pomiędzy rozdziałami, a także w ramkach na pierwszej stronie każdego chaptera. Cały tom kończy strona redakcyjna oraz dwie kartki reklam.

Jeśli ktoś czytał Dengeki Daisy, zwłaszcza początkowe tomy, to dobrze wie, jakiej kreski może spodziewać się w recenzowanym tytule. Charakterystyczna shoujowata kreska mangaczki już się wykształciła, jednak wciąż zdarzają się nieco gorsze rysunki, przypominające te powstające na początku jej kariery. Autorka ma niekiedy problemy z proporcjami, teł nie ma za dużo, za to rastry są w ciągłym użyciu. Sceny akcji są dobrze narysowane, bardzo dynamicznie. Postacie bez problemu można odróżnić od siebie, zwierzęta wyglądają tak jak powinny. Przejścia między kadrami są całkowicie zrozumiałe. Charakterystyczne dla tej autorki sd-ki są jak zawsze komiczne. Powyższy opis dotyczy głównej historii, gdyż w one-shocie jest gorzej, znacznie gorzej - nie podobają mi się tam nieco inne oczy, czy lekko wydłużone twarze. Nie mówiąc już o proporcjach, czy prowadzeniu akcji.

Format mangi z linijki wychodzi mi 116x177 mm, czyli jest dość wąska, a wysoka. Tom posiada oczywiście obwolutę (założoną chyba idealnie), na której najbardziej w oczy rzuca się cętkowate futerko w tle. Na froncie mamy dwójkę głównych bohaterów - Leo w obroży, kajdankach i w podartej koszuli przytulającego Yuiko. Tytuł wypisany jest charakterystyczną, różową czcionką (początkowo mi ona nie leżała, jednak obecnie stwierdzam, że pasuje do tytułu - daje wrażenie jakby słowa były wydrapane przez pazury jakiejś bestii), a tuż obok jest imię i nazwisko mangaczki oraz numer tomu. Co ciekawe nie ma tutaj loga wydawnictwa. Grzbiet to wszelkie standardowe informacje - zapisane tymi samym fontami. Tylna okładka to ilustrowana zagadka "Kto jest głównym bohaterem tej mangi?", rysunek zdenerwowanej głównej bohaterki, krótki opis fabuły, cena, kod kreskowy, ISBN oraz logo Waneko. Co ciekawe tło jest tu prawie całe białe, a cętki są tylko po bokach - rozjaśnione. Prawe skrzydełko to autoportret mangaczki gotującej zupę, krótki biogram oraz kilka słów od niej. Lewe skrzydełko natomiast to rysunek samego futerka. Pod obwolutą znajdziemy czarno-biały tom ze śladami pazurów, które przywodzą mi na myśl logo wydawnictwa Taiga.

Wolumin otwiera się bezproblemowo, co ważne, bo rzadko, ale zdaża się, że brakuje wewnętrznych marginesów. Papier jest biały, nie falujący, prześwitujący, co rzuca się w oczy na niektórych stronach z białym tłem. Numeracja pojawia się niezbyt często. Podobnie jak Dengeki Daisy recenzowany tytuł cierpi na niemiłą przypadłość ucinania kadrów. Jako że posiadam wersję amerykańską BM to mogę zrobić sobie porównanie obydwu wydań i Waneko wypada pod tym względem gorzej (a z drugiej strony Shojo Beat np. pozbawił mangę ilustracji z tylnej okładki, dając tam jakąś zupełnie inną). Są to milimetry i czytelnik nie mający kontaktu z inną edycją, zapewne tego nie zauważy, zwłaszcza, że nie pamiętam aby jakaś onomatopeja była ucięta. Co do druku - mam wrażenie, że całość jest leciutko za ciemna. Widać to na np. 88 stronie, gdzie torba Leo "wtapia" się w ubranie i trzeba sie dobrze przyjrzeć, żeby stwierdzić gdzie się ona zaczyna, a gdzie kończy bluza. Dla kontrastu na 48 stronie czerń jest jakby wyblakła. No i mój egzemplarz posiada również tę nieszczęsną plamę na 133 stronie, którą możecie zobaczyć tutaj.

Pod względem czcionek BM wygląda prawie jak DD. Ta główna, ta do "przemyśleń" oraz ta najmniejsza - są takie same. O ile druga i trzecia są całkiem ładne, to tej pierwszej nie lubię. Na dodatek w recenzowanym tomie teksty w dymkach wydają się większe (które, przy okazji dodam, chętnie bym w niektórych miejscach poprzesuwała). Całe szczęście, że wydawnictwo zdecydowało się zrezygnować z czcionki które w poprzednim tytule Kyousuke Motomi pojawiała się w dodatkach - taka dziwna, wydłużona. Możliwe, że fonty do onomatopei też są bardzo podobne - aż tak dokładnie tego nie analizowałam. W każdym razie praktycznie wszystkie one zostały wymazana i zastąpione polskimi odpowiednikami (tutaj muszę pochwalić wydawnictwo za dobór czcionki do "drap" - bardzo dobra), naliczyłam tylko dwa trudne krzaczki pozostawione w oryginale. Błędów ortograficznych nie zauważyłam, za to z literówek mamy "istynkt" (98 str.), a na 83 stronie przydałby się obrys tego małego tekstu w środkowym kadrze. Jeszcze jedno - na stronie "pożegnalnej" między trzecim, a czwartym rozdziałem pomylona jest kolejność w nazwisku mangaczki.

Za tłumaczenie odpowiedzialny był duet - Magdalena Malinowska (tłumaczka DD) oraz Małgorzata Banaszek. Beast Master to komedia, skierowana głównie do młodzieży i zapewne przekład chciano przypasować pod tę właśnie grupę odbiorczą. Przez większą część tomu teksty wydają się naturalne i dobrze oddające żarty, ale po chwili przychodzi takie "tu macz low łil kil ju" (musiałam to kilka razy przeczytać, żeby załapać ocb - strona 8), "słiti priti" (67), "ale koksu" (83), "ziom, co jest" (nie wiem kto dokładnie to mówi, ale ani do Leo, ani do Yuiko to nie pasuje - 133), "jego laseczka" (141). Może już jestem stara i dlatego mam takie odczucia? Z innych kwestii to mam jeszcze zastrzeżenia do "jednak się lękasz" w ustach Leo (24) oraz "kotełka" z 7 strony. Jednak najważniejszą z kwestii jest "Bosu". Podobnie jak "Miszczu" w Dengeki Daisy, ten przydomek w takiej formie kompletnie mi tu nie pasuje. Wypatrzyłam też jeden błąd na 53 stronie - słowa "myślałam, że już po nas", nie wypowiada główna bohaterka, jak można by mniemać po żeńskiej odmianie, ale jeden z uczniów, więc powinno być "myślałem".

Beast Master to manga komediowa, mająca za zadanie wnieść trochę rozrywki w życie czytelników - i ten cel, jak najbardziej spełnia. Nie jest pozycją dla wymagającego czytelnika, szukającego głębszego dna czy realistycznych sytuacji - no bo, nie oszukujmy się, sprawność fizyczna Leo nie jest zwyczajna, a sposób w jaki Yuiko wpadła do rzeki - raczej w prawdziwym życiu się nie zdarzy. Cała manga ma tylko dwa tomy i choć polubiłam bohaterów - to ten typ opowieści raczej nie nadaje się na więcej. Autorka bardzo przytomnie zamknęła całość w takiej ilości, dzięki czemu czytelnicy nie zdołają się zniechęcić nadmiernym eksploatowaniem tematu.



Mangę przeczytałam dzięki uprzejmości wydawnictwa Waneko.

8 komentarzy:

  1. Jak zwykle świetna recenzja:). Nie mam w planach kupna tego tytułu. Przeczytałam w skanach początek i koniec i wymiękłam... O ile początek można jeszcze przeboleć, o tyle zakończenie bardzo mnie rozczarowało. Jest zbyt przewidywalne, a pewne zdarzenia zwyczajnie nieprawdopodobne.

    Komentuję dlatego, że rozwaliło mnie "słiti priti";P. A jeśli chodzi o "kotełka" to ja spotkałam się tylko z określeniem "kotałki" (koty w liczbie mnogiej, jeden to chyba będzie "kotałek").

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki :) Taa, w wersji USA było to "pretty blowgun". Ogólnie nie lubię takich zapisów~~

      Ja z kotami praktycznie nie mam nic do czynienia, ale w Waneko to kociarze ;), więc mogą się lepiej na tym znać. "Kotałki" też dziwnie brzmi.

      Usuń
  2. Tak sobie marzę, by inne tytuły Motomi też wydano, tak bardzo bym chciała zobaczyć u nas historyjkę o chłopaku zamienionym w kaktusika :D Wiem, że może arcydzieła to nie są, ale po prostu z jakiegoś dziwnego powodu bardzo lubię mangi Motomi, może dlatego, że tworzy dość silne postacie żeńskie, a w shoujo to raczej nieczęste. Humor akurat dobry dla mnie. Drabiny takie lekkie! (mysza, psychofan) Te ucięte kadry to jakaś zmora :C
    ,,tu macz low łil kil ju" - to mnie w podłogę wbiło, ale nawet przeżyłam
    Może jednak kiedyś wydadzą Otokomae! Beads Club ;__;

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ta historyjka z kaktusem jest w drugim tomie Beast Mastera, więc zobaczysz :)

      "Drabiny takie lekkie!" - nie rozumiem co masz na myśli tutaj, hm?

      Serię jednotomówek zrobili, więc nadzieja jest!

      Usuń
    2. Ajsza, nie znasz pieseła?

      Usuń
    3. A, faktycznie. Pomyliły mi się tomiki, coś mi się kojarzyło, że jest w Purikyuu.

      Pieseł wow wow taki wow.
      http://z.mfcdn.net/store/manga/1387/01-001.0/compressed/ochibichan_scan_otokomae_beads_club_ch01_41.jpg
      Drabina lekka taka.
      Bohaterka silna bardzo.
      WOW

      Usuń
    4. @Anonimowy Jak już o tym wspominasz, to słyszałam, że coś takiego funkcjonuje na necie, ale nigdy mnie to nie interesowało.

      @mysza No rzeczywiście - drabina xD Zupełnie zapomniałam. A ten one-shot o kaktusie jest fajny :)

      Usuń
    5. Pieseł warty poznania wow wow uszanowanko dla Shiba Inu.
      Rzadko się zdarza, by w shoujo bohaterka była silniejsza od Tró Loffa C:

      Usuń