środa, 2 kwietnia 2014

[recenzja]Alice in the Country of Clover: March Hare

Od poprzedniej alicjowej recenzji minęły ponad dwa miesiące, kto się stęsknił? Alice in the Country of Clover: March Hare to pierwsza z trzech jednotomówek, które mają wyjść (lub wyszły) w ciągu kwartału. Kolejna - Nightmare już do mnie idzie, ale boję się jej, gdyż ma koszmarną kreskę. Ale kto wie, może się jednak w niej zakocham jak już przeczytam całość? Coś musi być w stylu tej autorki, skoro pozwolili jej narysować aż pięć tomów. Ale o tym innym razem, bo przecież tu omawiamy dzieło Soyogo Iwaki:


When Alice came to the Country of Clover, she swore she didn’t want to fall in love. But Elliot March, the rabbit-eared second-in-command at Hatter Mansion, has other plans. He’s enthusiastic, affectionate, and disarmingly honest—but he’s also a vicious killer and a mafia thug. And that’s not even getting into his scary obsession with carrots... On the other side, there’s the jealous Peter White, the white rabbit who brought Alice to Wonderland in the first place. As Prime Minister of the rival territory of Heart Castle, he’s not without his charms. Alice finds herself forced to make a choice once and for all.

Po przybyciu do Krainy Serc Alicja decyduje się zamieszkać w Posiadłości Szalonego Kapelusznika. Także po przeniesieniu do Krainy Koniczyny główna bohaterka pracuje jako pokojówka u mafiozów. Godziny pracy umilają jej przekomarzania z mieszkańcami tego domu - Krwawymi Bliźniakami, Bloodem Dupre oraz Elliotem, którego słodkie zajęcze uszka wprawiają ją w ekscytację. Dziewczyna w "prawdziwym" świecie przeżyła zawód miłosny, dlatego też jest obecnie bardzo niechętna pakowaniu się w jakieś romantyczne przeżycia. Jednak co zrobić gdy jej serduszko zaczyna mocniej bić na widok pewnego słodziaka?

A może to nie miłość, tylko strach? Elliot March może i jest prostoduszny, ale jest w końcu prawą ręką szefa mafii i posiada także tę drugą, mroczną naturę. Alicja próbuje trzymać ich relacje na stopie profesjonalnej, jednak jego bezpośrednie zachowania sprawiają, że wszelkie jej postanowienia stopniowo topnieją. Jednak na drodze do szczęścia naszej pary stanie pewien zazdrośnik w okularach, kilka nieprzemyślanych słów rzuconych od niechcenia oraz... głupota Marcowego Zająca. W fabule oczywiście nie zapomniano o zwyczajowym zebraniu wszystkich odgrywających role (tylko czemu nie pokazali wszystkich twarzy?) oraz walce dwóch głównych amantów. Która, o dziwo, kończy się poważnymi ranami. Oczywiście nie ma co się martwić - wszystko zakończy się dobrze.

Kolejny raz spin-off Alicji w Krainie Serc prezentuje nam dość prostą fabułę, tym razem okraszoną większą niż zazwyczaj dawką humoru oraz kilkoma miłym dla oka, romantycznymi scenami. Ktoś by powiedział, że zawsze mamy to samo. Owszem, pewne elementy się powtarzają, co wynika bezpośrednio z tego, że manga jest na podstawie gry, jednak często w tomach dostajemy jakiś smaczek, informacje, której nie było nigdzie indziej. Tutaj mamy na przykład scenę w szkole do której uczęszczała główna bohaterka. Okazuje się, że chodziła ona do niej wbrew woli rodziny.

Elliot to pocieszna, prostolinijna postać, nie potrafiąca ukrywać swoich emocji, przyjazna, bezpośrednia, otwarta, szczerze oddana i przywiązana do ludzi których kocha. Z drugiej strony jest porywczy, brutalny, bardzo poważny jeśli chodzi o pracę. Gdy go widzimy, nie zapominajmy o tym,, że przy pierwszym spotkaniu z Alicją chciał ją zabić. Jednak ta jego dwoistość ostatecznie nie stoi na przeszkodzie, zwłaszcza gdy można potargać puchate uszka. Alicja jest taka jak zawsze. Może trochę bardziej ponura, pesymistyczna. Rzeczywiście nie chce się angażować w związek, wspomina złamane serce ale też w tym krótkim tomie nie ma czasu na dogłębne przemyślenia. Jej sprzeciw przeciwko zabijaniu jest jakby mniej widoczny, a smutku z powodu Juliusa czy Gowlanda w ogóle nie widać.

Z innych bohaterów mamy przede wszystkim Bliźniaków, obiboków jak zawsze, sfiksowanego na punkcie herbatki Blooda, zakochanego do szaleństwa Petera, który najpierw strzela potem pyta, no i Koszmarka, który trochę tym razem poingerował w życie bohaterów. Wyżej tu wymienieni dostali trochę czasu antenowego w typowych dla siebie rolach. Za to tym razem pokrzywdzeni zostali: Vivaldi (ona najmniej, bo trochę ją pokazali na zebraniu), Ace (jeden kadr, bez twarzy), Gray, Borys i Pierce (kadrów: zero). Uważam ten fakt za dość skandaliczny (a co!), gdyż mangaczka odpowiedzialna za ten tom nie rysowała już nic więcej z tego uniwersum i nigdy się nie dowiemy, jak w jej wykonaniu wyglądają te postacie.

Na recenzowany tom składają się trzy rozdziały, prawie bez żadnych dodatków. Na końcu mamy podziękowania od mangaczki, a pomiędzy rozdziałami zamiast, jak to zazwyczaj bywało, całostronicowych rysunków postaci są śmieszne historyjki. Nie ma natomiast zwyczajowych rysunków, które w oryginalnym, japońskim wydaniu znajdowały się pod obwolutą. Tutaj ze względu na jej brak, zawsze umieszczane były na końcu tomu. I tu nasuwa się pytanie - czy ich w ogóle nie było, czy zapomnieli dodać? Nie byłaby to pierwsza wpadka tego wydawnictwa.

Manga Alice in the Country of Clover: March Hare została narysowana przez Soyogo Iwaki, która specjalizuje się chyba w rysowaniu doujinshi z Hetalii. W trakcie tworzenia recenzowanego tomiku nie była początkująca, miała na swoim końcie zarówno nieoficjalne, jak i oficjalne komiksy. Jej postacie są nieco pyzate i wyglądają młodziej niż zazwyczaj. Kreska ogólnie jest miła dla oka, od czasu do czasu zdażają się dziwne twarze, ale w "krytycznych" momentach jest naprawdę ładnie. SD-ki są słodkie i wprowadzają sporo humoru. Ogólnie widać, że mangaczka ma rękę do zabawnych i romantycznych scen. Sporo teł to rastry, pozostawione są puste, bądź sa to dość proste rysunki (standard). Przejścia między kadrami są zrozumiałe, także sceny walk, których nie było dużo. Trochę szwankowały proporcje, zwłaszcza kapelusz Blooda był jakiś dziwny. Kolorowe strony w wykonaniu Soyogo Iwaki nie były najwspanialsze, znacznie mniej mi się podobały niż czarno-białe. No i te kolory były jakieś... za jasne. Ogólnie wypada to wszystko dobrze, nie jest to Mamenosuke Fujimaru, ale byłoby całkiem fajnie, jakby autorka jeszcze kiedyś wróciła do Alicji.

Tom jest formatu A5, nie posiada obwoluty. Okładka jest gładka i błyszcząca, przedstawia Alicję trzymającą w jednej ręce szczotkę do włosów, a drugiej jedno puchate uszko Elliota, który strzela konfetti ze złotego pistoletu w naszą stronę. Parze towarzyszą bliźniaki w wersji "młodszej". Cała ekipa wyraźnie relaksuje się na pikniku. Oczywiście nie można zapomnieć o standardowym dla Alicji okładkowym obramowaniu, a że mamy tu do czynienia z Krainą Koniczyny - jest ono zielono-złoto-białe. Całości dopełnia urocza mała marchewka w dolnym prawym rogu. Grzbiet to wycinek okładki, przedstawiający głównego amanta, tytuł, podtytuł i logo wydawnictwa. Na tylnej okładce odnajdziemy opis tomu, 4-komę i Kapelusznika z filiżanką w ręce (i w różowiutkich rękawiczkach).

Środek to cztery kolorowe strony, kolejne są lekko szarawe i nieprześwitujące. Papier mi praktycznie nie falował, druk jest całkiem wyraźny, choć miejscami miałam wrażenie jakby był nieco poszarzały. Od czasu do czasu zdarza się rozmazany obrazek, jednak to zapewne nie jest już wina drukarni/wydawnictwa, tylko autorki, która ma taki "styl" rysowania niektórych flashbacków. Marginesy wewnętrzne są odpowiedniej wielkości, tom rozkłada się wygodnie. Onomatopeje są jak zwykle zostawione w dużej ilości w oryginale z dopiskami, wciąż brakuje numeracji stron. Tłumaczenie i typesetting pozostaje na tym samym poziomie co zazwyczaj. Czyta się przyjemnie, nie musiałam sięgać ani razu do słownika. Błędów nie zauważyłam. Z ciekawostek z tego tomu mogę wymienić dwukrotne przypomnienie wcześniejszej fabuły w Kraine Serc oraz inny niż do tej pory wygląd strony redakcyjnej, na której wcześniej był m.in. czarno-biały przedruk okładki.

Elliot nie jest moją ulubioną postacią, ale też nie jakąś znienawidzoną. Przeszkadzają mi w nim jego długie, falujące włosy. Nie jestem szczególną zwolenniczką takich u mężczyzn, a te u Zajączka są wyjątkowo nieładne. Jednak w tym tomiku jakoś zaplusował w moich oczach, na jego cześć kupiłam ostatnio ciasteczka marchewkowe. O ile surowych tych owoco-warzyw nie lubię, to już przetworzone/ugotowane są całkiem dobre, ale jego obsesja jest z lekka za duża.

Jeśli ktoś jest fanem/fanką tego słodziaka to ten tytuł jest dla niego/niej. Podobał mi się znacznie bardziej niż pierwszy tom My Fanatic Rabbit (drugiego jeszcze nie zakupiłam), zarówno pod względem kreski, jak i fabuły ze sporą ilością humoru. Oczywiście nie jest wolny od wad, które sygnalizowałam powyżej. Wielka szkoda, że zabrakło moich ulubieńców, gdyż wtedy tom znalazłby się wyżej w moim osobistym rankingu alicjowych tytułów (w trakcie tworzenia).

Znów fotki średnio wyszły, część w innym świetle była robiona - zauważycie.

3 komentarze:

  1. To znowu ja :D Kolejna dawka pytań xd:
    Ile czekałaś,bo już niedługo będę kupował(z kotem i jedno tomówke z bliźniakami jak się uda),więc chcę się upewnić 7-10 dni roboczych,czy dłużej?
    Takie pytanie,jak płaci się PayPal to wpłata jest odrazy u nich zaksięgowana,czy trzeba poczekać?
    Jeśli masz czas to napisz.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A żebym to ja pamiętała... Oczywiście musiałam poszukać - ten konkretny tomik wysłali mi 12 marca, przyszedł 27. A więc dość średni czas, bywało lepiej jak i gorzej. Zależy to od tego którędy idzie przesyłka i czy przypadkiem InPost się do niej dorwie (znacznie dłużej wtedy idzie).

      Jak płacisz paypalem za zakupu to bookdepository od razu widzi to jako zapłacone.

      Czyli chcesz zacząć od najdawniej wydanych. Bloody Twins są fajnie wydane, mają taką chropowatą okładkę, superową, szkoda, że później z niej zrezygnowali.

      Usuń
    2. Dzięki za odp.W końcu dorwę spinn-offa z Alicji.
      Co do wybierania mang,to mam tak,że kupuję najpierw zakończone(wydane tomy).Mają pierwszeństwo,można powiedzieć,później biore się za Jokera :)

      Usuń