sobota, 12 kwietnia 2014

[recenzja]Girls und Panzer tom 1

Wiele lat temu bardzo lubiłam serial Czterej pancerni i pies. Tak, przyznaję się bez bicia. W tamtym czasie chciałam niezmiernie przejechać się czołgiem (i w sumie nadal mam ochotę, bo nigdy tego nie zrealizowałam), ale kto by normalny pozwolił młodej nastolatce jeździć tą potężną machiną? No cóż, Girls und Panzer wydane przez Studio JG odpowiada na to pytanie - Japończycy. I robią to w swoim, unikalnym stylu.

Z góry przepraszam za wszelkie powtórzenia słowa "czołg".


Ścieżka jazdy pancernej, potocznie zwana pancerjazdą, to tradycyjna sztuka walki dziewcząt, mająca na celu hartowanie ich osobowości, piękna i zdrowia. Brzmi dziwnie? Pierwszą rzeczą którą należy zrobić przed lekturą Girls und Panzer jest przymrużenie oka i nastawienie na kawałek zabawnego absurdu. To nie jest tytuł, którego fabułę należałoby brać na poważnie.

Narratorką tomu jest Yukari Akiyama mająca totalnego bzika na punkcie czołgów. Od dziecka interesowała się tymi maszynami, a jej marzeniem była właśnie pancerjazda. Uczęszcza do liceum Oarai w którym kontynuuje się tę wieloletnią tradycję i wraz czwórką koleżanek formuje Drużynę A, dosiadającą PZ.KPFW. IV w wersji D. Dziewczęta właśnie ukończyły szkolenie teoretyczne, więc przed nimi ta wymarzona część praktyczna. Czekają już tylko na instruktora, a właściwie instruktorkę, która nie patyczkuje się z naszymi bohaterkami i każe im od razu jeździć tymi potężnymi machinami (i skądś nagle wytrząsnąć wszystkie informacje i umiejętności, gdyż mimo że przerobiły już teorię, mają w większości zdumiewająco mało wiedzy na temat pancerjazdy).

Nasza dzielna drużyna rozpoczyna ćwiczenia, podczas których staje naprzeciw pozostałym czterem zespołom z klubu. Założeniem jest, że wygrywają te, które zostaną ostatnie na polu bitwy. Początkowo radzą sobie średnio, jednak gdy ich tajna broń - Miho, obejmuje dowodzenie - wszystko zaczyna iść ku lepszemu. Okazuje się, że dziewczyna pochodzi z rodziny o wieloletnich czołgowych tradycjach (przy okazji chciałabym zwrócić uwagę, że te pancerne pojazdy zaczęto pierwszy raz używać w trakcie I wojny światowej, a rozkwit nastąpił podczas drugiej - czyli nie aż tak dawno temu). Po zakończeniu manewrów, te praktycznie amatorskie drużyny z liceum Oarai, zostają rzucone na jeszcze głębszą wodę - mają walczyć przeciwko utytułowanym czołgistkom ze szkoły Świętej Gloriany.

Fabuła recenzowanej mangi przypomina sportówki - mamy formującą się drużynę, która na drodze do ostatecznego zwycięstwa będzie się mierzyć z coraz silniejszymi przeciwnikami, przeciwnościami losu, własnymi słabościami, tragicznymi wydarzeniami z przeszłości, dramatami rodzinnymi... itp. Lektura już pierwszego tomu daje do zrozumienia, że nawet jeśli te cztery ostatnie elementy wystąpią (bo ten pierwszy na pewno), to nie będą one nadmiernie eksplorowane, gdyż akcja dzieje się zbyt dynamicznie, pędząc do przodu i pomijając pewne wydarzenia, które miłośnicy tytułu mogli zobaczyć w anime (zapewne, żeby nie zanudzić czytelników znających już fabułę). A z drugiej strony mamy smaczki dostępne tylko w wersji papierowej. No i można się na spokojnie przyjrzeć dokładnie wszystkim szczegółom maszyn i poczytać o nich. Parę razy przeczytałam informację, że wydawany przez Studio JG komiks narysowany został na podstawie wersji telewizyjnej. Jednak dokładniejsze sprawdzenie dat pokazuje, że było troszkę inaczej. Zarówno anime jak i manga zostały ogłoszone i zaczęły pojawiać się w mniej więcej tym samym czasie. Pierwszy rozdział rysowany przez Ryohichi Saitaniyę pojawił się w czerwcu 2012 r., anime wyświetlane było od października tego samego roku. Była to najwidoczniej zaplanowana akcja mająca na celu zarzucenie przyszłych fanów od razu wszelkimi dobrami.

W pierwszym tomie zapoznajemy się z wszystkimi członkami drużyny A - Yukari Akiyamą, o której już wspominałam, czołgomaniaczki, latami nierozumianej przez rówieśników czy rodzinę. Teraz ma wreszcie możliwość zrealizowania swoich marzeń i pragnień do czego podchodzi z niekończoncym się chyba entuzjazmem. W to co robi wkłada całe swoje serce i swym zapałem zaraża swoje koleżanki. Jej idolką jest Miho Nishizumi, spokojna, raczej nieśmiała uczennica o analitycznym umyśle, która jako jedyna z tej grupki ma jakieś doświadczenie w pancerjeździe. Barwną postacią jest Saori Takebe, też mająca bzika, ale na punkcie chłopaków. Wesoła, przyjazna, wszystko mocno przeżywająca i panikująca w kryzysowych momentach. Jej przeciwieństwem wydaje się Hana Isuzu, spokojna, piękna, uwielbiająca kwiaty delikatna panienka z dobrego domu. Ostatnią czołgistką jest Mako Reizei, cicha, mądra, nocna sowa, nie tracąca głowy w stresowych sytuacjach (gdy już się dobudzi). Z pozostałych postaci pojawiających się na kartach tego tomu można wymienić jeszcze niezbyt uprzejme trzy członkinie samorządu uczniowskiego, jeżdżące jako drużyna E oraz energiczną "instruktor nadzwyczajną ścieżki jazdy pancernej "Ami Chono, nieprzejmującą się, że jej podopieczne to całkowite amatorki i coś może im się stać. Pozostałe drużyny - siatkarki, pierwszoklasistki oraz klasa historyczna są pokazane jedynie w kilku kadrach. Nawet jednego słowa/dialogu nie dostały. Trochę więcej czasu "antenowego" dostały trzy szlachetne siostry z Akademii Świętej Gloriany, które kreowane są na angielskie damy.

Gdy pierwszy raz usłyszałam o tym tytule to, jak pewno wielu innych ludzi, parsknęłam śmiechem. Uznałam to za kolejny dziwny japoński wymysł - jeżdżenie czołgiem jako typowo damskie zajęcie? Na dodatek tych machin będą dosiadać nastolatki i będą do siebie strzelać - nie uszkadzając się przy tym praktycznie nawzajem. Nie znam się za bardzo na tym, ale wątpię by kierowanie taką maszyną było proste i łatwe. A z tego co pamiętam z Czterech pancernych - wymaga niezłej siły, także przy ładowaniu i strzelaniu. No, ale kto by się tam przejmował realizmem. Te dość absurdalne założenia to zarówno największa siła, jak i słabość tego tytułu. Mogą one przysporzyć zarówno zagorzałych fanów, jak i wielkich oponentów.

Na pewno podstawowym warunkiem jaki musiał spełniać rysownik Girls und Panzer była umiejętność rysowania czołgów, albo chociaż odwzorowywania ich z innych materiałów. I rzeczywiście są one udane (na moje oko, osoby nieznającej się za bardzo na pojazdach militarnych), jak również sceny batalistyczne, przeplatane mapkami sytuacyjnymi. Z drugiej strony mamy postacie, które mają miejscami zbyt duże oczy czy głowy, padają im proporcje, pokazywane są z dziwnych perspektyw, niekiedy jakby zbyt dynamicznie wychodzą z kadrów. Najgorzej chyba wypada Miho, która co rusz wygląda jakoś "krzywo". Jednakże plusem u nich są dobrze ukazywane emocje jakimi są targane. Także tła nie powalają - najczęściej są puste, bądź rastrowe. Dzięki takim kontrastom wygląda to wszystko tak, jakby mangaka poświęcał 90% swojego czasu na rysowanie czołgów i scen akcji, a potem na szybko, tuż przed deadlinem, dorysowywał resztę. Tym co jeszcze rzuciło mi się w oczy jest nie zawsze oczywista (dla mnie przynajmniej) kolejność kadrów. Zazwyczaj jest coś takiego - prawa góra, lewa góra, prawy środek, lewy środek, prawy dół, lewy dół. Tutaj spotkałam się gdzieniegdzie z mniej więcej czymś takim - prawa góra, środek, dół, a potem lewa góra, środek i dół.

Przy tytułach gdzie akcja odgrywa dużą rolę, manga stoi na gorszej pozycji. Autor może stawać na głowie, ale nie uda mu się sprawić, że rysunki zaczną się poruszać. Musi sięgać do środków imitujących ruch, na dodatek tak przedstawionych, żeby czytelnik się nie zastanawiał "o co chodzi w tej scenie? co oni robią? eee?", przy czym trzeba się jeszcze trzymać limitu stron, narzucanych przez wydawnictwo. Ryohichi Saitaniya poradził sobie nienajgorzej, walki są zrozumiałe, dość krótkie, może trochę za bardzo, ale dzięki temu nie mamy niepotrzebnych dłużyzn, całoodcinkowych rozmyślań podczas przebiegania całego boiska czy wyskoku do piłki (ups, nie ten tytuł). Można wczuć się w sytuację i zacząć kibicować walecznym czołgistkom.

Girls und Panzer zostało wydane w standardowym formacie dla mang od Studia JG - nieznacznie powiększonym B6. Tom posiada błyszczącą obwolutę stanowiącą jeden duży obrazek, którego centralnym punktem jest oczywiście czołg. Z przodu widać główne bohaterki mangi dosiadające swój pancerny pojazd. Tym co się mocno rzuca w oczy to rozbieżność w jakości - o ile maszyneria wygląda jakby była fotografią, to dziewczęta są jakby maławe (zwłaszcza Hana), niestarannie narysowane i dodane trochę jakby na siłę. Obrazu dopełnia różowo-zielone logo serii w którym zachowano detale oryginalnego (kwiatek, czołg itp.). Nie jestem zwolenniczką łączenia tych dwóch kolorów, ale tym razem na szczęście nie odstrasza. Mamy też nieco ucięty numer tomu (specjalny zabieg, jak w Japonii) oraz autorów. Grzbiet w miejscu gdzie nia ma fragmentu czołgu jest różowo-biały (z zielonym i czerwonym akcentem) oraz zawiera wszelkie standardowe elementy. W moim egzemplarzu jest on o milimetr za wąski, co jednak nie rzuca się szczególnie w oczy. Tył to dalsza część obwolutowej grafiki z widokiem na szkołę Oarai oraz jedną z uczennic klasy historycznej. Dodatkowo u góry cena, ISBN oraz kod kreskowy. Skrzydełka to z prawej spis treści oraz maleńki samorząd uczniowski w towarzystwie złotego i różowego czołgu. Z lewej widać kolejną "historiankę" w charakterystycznej czapce wojskowej, kawałek budynku liceum i fragment pewnego pojazdu (zgadnijcie jakiego). Pod obwolutą znajdziemy biało-różowy tom z cieńszymi niż standardowo w mangach wydawanych w Polsce okładkami (edit. 13.04.2014 r. - dziękuję myszo, za zwrócenie uwagi). Z przodu widać obrazek (trzy heroiny na pancernym rumaku), a z tyłu Yukari i podziękowania od mangaki.

Tom otwiera się lekko, można bez problemu wyginać kartki. Środek zawiera 158 stron w tym cztery kolorowe (gładkie, śliskie, lekko prześwitujące) na których przedstawiona jest idea ścieżki jazdy pancernej. Reszta jest czarno-biała nadrukowana na niefalującym, bielutkim papierze z lekkimi prześwitami. Druk wygląda dobrze, chociaż na 36 czy 50 stronie rysunki wydają się nieco niewyraźne. No i strony 6-7 są rozmazane, ale to raczej jest specjalny zabieg rysownika. Numeracja pojawia się tam, gdzie na to pozwalają kadry (tak aby nie dodawać jej na obrazku), nie za dużo, nie za mało. Na większości stron pojawiają się wewnętrzne marginesy i tam są dobrze skrojone. Od czasu do czasu miałam wrażenie, że lekko ucięto kawałki ilustracji - np. na 84 stronie brakuje łokcia instruktorki.

Główna czcionka "dialogowa" wygląda bardzo znajomo, jednak nie udało mi się zidentyfikować tytułu w którym już ją widziałam. W każdym razie jest prosta, zwyczajna, bez żadnych udziwnień. Wtapia się w opowieść i nie przeszkadza w odbiorze. Choć w niektórych (nielicznych) miejscach bym jednak trochę poprzesuwała teksty w dymkach. Onomatopei w tym tomie, mam takie wrażenie, że jest szczególnie dużo, ze względu na ciągłe odgłosy czołgów. Sporo z nich pozostało w oryginale z polskimi dopiskami, które zostały całkiem dobrze dopasowane, choć są też i wyjątki - np. na 134 stronie "BAM" jest według mnie za ciemne (ten problem pojawił się w kilku miejscach). A na 132 "OU" jest tak wpasowane, że w pierwszej chwili uznałam iż jest to część japońskiego znaczku. Miejsc w których wyrazy dźwiękonaśladowcze zostały całkiem wymazane i zastąpione odpowiednikami w naszym rodzimym języku też jest całkiem sporo, głównie w "łatwiejszych" miejscach.

Za tłumaczenie Girls und Panzer nie była tym razem odpowiedzialna naczelna tłumaczka Studia JG, a jej imienniczka - Paulina Tuczapska. Mam dość mieszane uczucia co do wyniku jej pracy. Z jednej strony mamy miejscami niezbyt naturalne teksty, z drugiej całkiem fajne kawałki, np. "Jak żyć". Przyznaję, że nie jest to łatwy tytuł do przekładu, zaczynając od ścieżki jazdy pancernej (bardzo dziwnie to brzmi), pancerjazdy (to akurat niezłe). Polskie słowo "czołg" jest dość niewdzięczne i trudno było pewno coś z nim wymyślić - takie tam czołgowanie, czołgownictwo, czołgoznawstwo, no i moja ulubiona czołgistyka. Ponadto sprawa stylu wypowiedzi bohaterek - wydawnictwo samo w przypisie informuje, że zwracają się one do siebie formalnie i grzecznie, czyli zapewne dodając do swoich imion końcówki -san czy -sama. Niestety wszelkie przekłady tego w mandze dziejącej się w środowisku młodzieży (u dorosłych jest to proste - Pan/Pani) brzmią w moim odczuciu źle, choć przyznaję, że "panna" brzmi nieco lepiej niż "koleżanka" (która też wystąpiła). Niestety, ciężko jest wykombinować w takich przypadkach dobre rozwiązanie, gdy nie chcemy dodawać honoryfikatów. Dalej mamy "choć panna, dziewictwa raczej nie trzyma", "zdystansowała resztę dziewcząt" (14 str.), "ta wieża jest wyczesana", "moja kochana dzidzia" w odniesieniu do czołgu (16 str.), "instruktor nadzwyczajną" (31 str.), "podniosłyśmy się o całą wysokość czołgu" (35 str.) i kilka innych zdań, które nie zawsze przypadły mi do gustu. Na 134 stronie w trzecim dymku, według mnie, brakuje słowa "jest", zauważyłam też dwie literówki. Czy terminologia związana z militarystyką była poprawna nie jestem wam w stanie powiedzieć, bo nie jestem znawcą, ale skoro mieli konsultanta to nie powinno być źle. Gdyby ktoś mnie poprosił o wymienienie jakiś czołgów to bym powiedziała: Rudy 102. Ewentualnie po chwili dodałabym T-34, tygrysy i pantery.

Na samym końcu tomu odnaleźć możemy trzy strony z specyfikacjami czołgów, wszystkich drużyn liceum Oarai. Zwróciłam tutaj uwagę na to, że nie wszędzie są pełne dane, np. w dwójce nie ma podanej prędkości w terenie, transmisji, zasięgu w terenie i celownika. W piątce zasięgu w terenie. A to co mnie zdziwiło to niewielka produkcja tych maszyn - prócz amerykańskiego M3 Lee wszystkie miały tylko kilkaset egzemplarzy. Nigdy nie interesowałam się skalą produkcji tego typu sprzętu, ale wydawało mi się, że było ich więcej. Człowiek uczy się całe życie.

Głównym odbiorcą tego tytułu jest zapewne osobnik płci męskiej. A jeśli jest fanem militariów to pewno jest w siódmym niebie. Zastanawiające jest to, co by było gdyby tak bohaterki zamienić na przystojnych bishounenów, którzy czasem przypadkowo odsłonią umięśnioną klatę. A gdyby tak nakręcić tę opowieść realistycznie, czy też zyskałaby taką popularność? Czy postacie i fabuła obroniłyby się same? Całość ma swoje wady, jak i zalety. Można uwielbiać, można nie znosić albo można przymknąć około na realizm i pośmiać się z dziewczynek próbujących swych sił w czołgowaniu.



Mangę przeczytałam dzięki uprzejmości wydawnictwa Studio JG.


10 komentarzy:

  1. Zawiodłam się nieco na GuPie. W sumie spodziewałam się czegoś znacznie gorszego, niż dostałam, ale jednak zawód jest. Kreska kreską, można ją przeboleć (tylko w miejscach, gdzie bohaterki miały być ładne i słodkie wyszło to żenująco i odpychająco - niech się autorzyna najpierw malować porządnie nauczy, a potem używa takich zabiegów). Zawiodłam się na przedstawieniu postaci. Nie kupuję ich, wydają mi się bezbarwne. Może to częściowo wina przekładu, albo po prostu jeszcze nie przyzwyczaiłam się do stylu tego mangaki i w kolejnych tomach będę już to lepiej odbierać.
    Za to w tej mandze bardzo podobały mi się walki. Gdyby w tomiku były same bitwy czołgów, to byłabym w pełni zadowolona. W sumie to dla tych bitw kupiłam GuPa.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie było też miejsca za bardzo, żeby je porządnie pokazać. A patrząc na to, że to krótka manga, raczej tylko bitwy będą, więc powinnaś być zadowolona ;)

      Usuń
  2. Uwielbiam czołgi, choć zupełnie się na nich nie znam. Zawsze chciałam mieć swój własny czołg, ucieszyłam się, gdy dowiedziałam się, że JG wydaje Girls&Panzer, ale potem, gdy zobaczyłam tomiki w empiku... Odechciało mi się wszystkiego. Okładki jakieś cienkie, kartki dziwnie sklejone, nie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Okładki rzeczywiście dość cienkie, ale zauważyłam dopiero jak zwróciłaś na to uwagę. Ale kartki wyglądają normalnie sklejone. Możesz rozwinąć to stwierdzenie, bo może czegoś nie widzę?:)

      Usuń
    2. Hmm, ciężko to określić, tym bardziej, że nie jestem w tej dziedzinie znawcą – mam wrażenie, że kartki mogą wypadać, bo klej się skruszy.

      Usuń
  3. Na militariach się nie znam, ale chętnie przeczytała bym coś z tej tematyki tylko bez moe lolitek :P
    Swoją drogą, gdy kupowałam w stacjonarnym Yatty, pan dwa razy próbował mi wcisnąć pancerne dziewczyny. Czyżby się słabo sprzedawały?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dwa razy podczas jednej wizyty, czy po razie na wizytę? :P

      Usuń
    2. Coś w tym jest, bo kiedyś, gdy na jakiejś imprezie kupowałam na stoisku Yatty też starali mi się wcisnąć jakąś mangę, nie pamiętam już, co to było. Niedawno sytuacja się powtórzyła, tym razem w sklepie stacjonarnym ;)

      Usuń
  4. Miałam kupić, ale kreska mnie odstrasza, poza tym mam sporo wydatków, więc...

    OdpowiedzUsuń