wtorek, 8 kwietnia 2014

[recenzja]Labirynt uczuć

Przez wiele lat na polskim rynku nie pojawiały się publikacje z gatunku shounen-ai i yaoi. Jednak od jakiegoś czasu fanki boys love regularnie otrzymują porcje tytułów skierowanych do nich - zarówno od wydawnictwa o profilu skierowanym właśnie na ten gatunek, jak i innych. Dzięki temu czytelniczki mogą wreszcie zacząć przebierać i grymasić. Powoli coraz więcej nisz zostaje zagospodarowanych na naszym rynku, nawet fani yuri/shoujo-ai niedługo dostaną coś dla siebie (to teraz jeszcze hentaje i będziemy całkowicie obstawieni ;) ).


Shima rozpoczyna nową pracę. W windzie spotyka mocno skacowanego mężczyznę. Tak oto poznaje swojego przełożonego, Togawę. Szef, mimo rubasznego sposobu bycia, okazuje się troskliwy i czuły. Ma za sobą wiele bolesnych doświadczeń, ale nie boi się okazywać uczuć. Z Shimą jest inaczej. Traumatyczna przeszłość wywołuje w nim lęki i nie pozwala otworzyć się na nowy związek. Czy Togawa skruszy mur, który stworzył wokół siebie Shima?

Shima ze względów osobistych zmienił pracę. W poprzedniej firmie padł ofiarą mobbingu ze strony współpracowników, a jednym z nich był również jego ukochany. Chłopak po jakimś czasie nie wytrzymał i przyszedł na nowe, odcinając się od przeszłości. Miał nadzieję, że na nowych śmieciach będzie inaczej - niewychylanie się, niespoufalanie z innymi pracownikami zagwarantuje mu spokój. Jednak przeliczył się i to bardzo.

Pierwsze wrażenie przed przełożonym jest ważne - może rzutować na dalszą karierę. Jednak co się stanie gdy to zakacowany, śmierdzący szef spotka swojego podwładnego w windzie? Jedną z możliwości końca tej sytuacji opowiada właśnie Labirynt uczuć. Dyrektor Togawa w pierwszej chwili niezbyt spodobał się Shimie - jego beztroskie, przyjazne zachowanie i ciągłe próby zakolegowania irytowały tego pasywnego, oschłego introwertyka. Jednak z czasem mur się kruszy i fizyczne przyciąganie obydwu Panów kończy się w łóżku. A po jakimś czasie, w to co było tylko zabawą, zaczynają powoli wchodzić uczucia i pragnienia.

Yousuke Togawa miał niezbyt przyjemne dzieciństwo. Tragiczne wydarzenia jednak go nie złamały - wesoły, optymistyczny, lubiący zabawę marzy o założeniu rodziny. I nie, to nie jest jedynie maska - on taki naprawdę jest. Shima natomiast wydaje się przeciwieństwem. Bojący się zaangażowania ponurak, rozdarty, delikatny płaczek, przejmujący się nawet niewielkimi drobnostkami. Rzucone przez Togawę słowa na początku ich "związku" urastają w jego oczach do wielkiego problemu, przez co o mały włos wszystko by się źle skończyło. No sorry facet, ale istnieją inne sposoby jeszcze na... (bez spoilerów). Z tych obydwu męskich postaci zdecydowanie lepiej wypada 29-letni szef. Mimo iż po raz pierwszy zaangażował się w związek męsko-męski nie ma z tym żadnych problemów, wydumanych dylematów - po prostu przyjmuje te uczucia w takiej postaci jakie są i żyje zgodnie z tym co podpowiada mu serce. Gdy by nie jego fizyczna powłoka - Shimę można by było wziąć za kobietę - tak wiem, seme/uke (wciąż nie wiem który to który), ale no, zdecydowanie jest za mało męski.

Fabuła całego tomu nie jest skomplikowana - wszystko rozgrywa się wokół związku głównej pary, nie pozostawiając miejsca na jakiekolwiek inne wątki. Skoncentrowanie się tylko na jednym motywie sprawia, że mimo iż historia toczy się w dość szybkim, nie skacze gwałtownie od jednego do drugiego wydarzenia. A zbytnie rozwlekanie fabuły mogłoby skończyć się nadmiernym melodramatem. Akcja dzieje się prawie wyłącznie tylko w pracy obydwu bohaterów oraz w ich mieszkaniach (łóżkach). Z pobocznych postaci tylko jedna jest godna wymienienia - Onoda, pracujący w jednym dziale z naszymi kochankami, odgrywający rolę dobrego ducha, przyjaciela i powiernika. Pozostali nie wyróżniają się niczym szczególnym i trudno ich nawet zapamiętać.

Recenzowana manga porusza dwa kontrowersyjne tematy - homoseksualizm oraz związek szefa z pracownikiem. Ten pierwszy jeszcze przez długi czas ("zawsze" to może zbyt mocne słowo) będzie wzbudzać emocje w naszym kraju. Chociaż młodsze pokolenia są coraz bardziej tolerancyjne - kto by kiedyś pomyślał, że taka partia jak Ruch Palikota (czy jak to się teraz nazywa) dostanie się do sejmu? A posiadanie przyjaciela geja stanie się modne? No i wydawanie yaoi będzie możliwe bez wielgachnej nagonki we wszelakich mediach? Swoją drogą od dłuższego czasu zastanawiam się dlaczego to płeć żeńska jest głównym odbiorcą tytułów boys love? Co czytają geje? Lubią yaoi, a może wolą coś innego? Ciekawie by było przeprowadzić takie badania.

Ludzie coraz więcej godzin spędzają w pracy. Ograniczenie ilości wolnego czasu sprawia, że nie mają czasu rozglądać się za potencjalnymi partnerami w "świecie zewnętrznym". O ile wiązanie się w związki między współpracownikami nie jest jakoś szczególnie źle postrzeganie (tak mi się przynajmniej wydaje, zwłaszcza gdy pochodzą z całkowicie różnych działów), to relacja szef-pracownik może prowadzić do mało ciekawych sytuacji. Na 60 stronie Togawa grozi Shimie, że jeśli ten nie przyjdzie po niego to sprawi iż biedaczkowi obetną premię - jest to pokazane bardziej jako żart, jednak co jeśli by mówił na serio? Obgadywanie za plecami, mobbing, lekceważenie ze strony kolegów, niezasłużone awanse albo wręcz specjalne stopowanie kariery aby ukryć relacje. To tylko przykłady konsekwencji i wcale nie te najgorsze. Niektóre firmy próbują wprowadzać zakazy, na uczelniach walczy się z nepotyzmem - choć to pewno niekiedy działa wręcz w odwrotną stronę. Oczywiście romans wcale nie musi się skończyć źle - serce nie sługa, no i ten dreszczyk emocji.

Kreska Kou Yonedy wydaje się dość realistyczna (na ile można o czymś takim mówić w stosunku do japońskich komiksów), brakuje tu typowych wielkich oczu, postacie są szczupłe, proporcjonalne. Rzucających się na pierwszy rzut oka problemów z anatomią nie zauważyłam, akcja jest całkiem dobrze rozplanowana na planszach - tylko w jednym miejscu miałam problem z zrozumieniem co się dzieje. Autorka raczej oszczędza na szczegółowych tłach - w dużej mierze opiera się rastrach. Rzucił mi się w oczy fakt, że bohaterowie używają jeszcze monitorów kineskopowych, chociaż w 2008 roku rzeczywiście mogło być ich jeszcze sporo (może niektórych to zdziwi, ale gdzieniegdzie można je jeszcze spotkać). Bohaterowie są mili dla oka, przystojni, ale bez przesady. Chociaż Shima wcale nie wydawał mi się taki słodki jak sugerowały wypowiedzi Togawy.

Tom ma wymiary 130x182mm, czyli dokładnie takie same jak np. Zakochany tyran tego samego wydawnictwa i jest nieco grubszy od większości mang - zawiera ponad 220 stron. Nie posiada obwoluty, jedynie sztywną, kartonową, matową okładkę z całkiem sporymi, białymi skrzydełkami. Z przodu widzimy dwóch głównych bohaterów siedzących na podłodze, tytuł mangi wypisany ładną, ozdobną czcionką, a imię i nazwisko autorki prostym fontem, który kojarzy mi się z maszyną do pisania (czyli takim, który mi się niezbyt podoba). Całość przedstawiona jest w beżach i brązach. Grzbiet to tytuł, autorka, napis "Kolekcja BL" oraz biało-czerwone logo wydawnictwo na tle brązowo-białego gradientu. Niestety w moim egzemplarzu jest on obsunięty nieco w prawo (jakiś milimetr). Tylna okładka jest już w ciemnej tonacji - ilustracja przedstawia Togawę wracającego do domu i czekającego na niego przed drzwiami Shimę. Dodatkowo mamy opis tytułu, dwie kwestie wypowiadane przez bohaterów, znaczek "+18", cenę, ISBNy i kod kreskowy.

Środek wita czytelnika jedną kolorową kartką. Z jednej strony mamy zapłakanego Shimę w rozpiętej koszuli na białym tle, a z drugiej spis treści - brązowy na białym tle (co wydaje się marnotrawstwem, bo mógłby tu być też jakiś obrazek). Strony te są gładkie, lekko prześwitujące, średniej grubości. Dalsza część tomu jest już czarno-biała, nadrukowana na niefalującym, dalej lekko prześwitującym papierze, nieco cieńszym niż tym użytym w Kwiatach grzechu. Wolumin otwiera się lekko, o dziwo bo wydaje się, jakoby użyto więcej niż zazwyczaj kleju, który nieznacznie "wylał" się na kolorową stronę. W moim egzemplarzu jest to niewielka ilość i nie widać tego na pierwszy rzut oka. Na części stron brakuje wewnętrznego marginesu, a na drugiej części jest bardzo dobrze wymierzony. Numeracja pojawia się bardzo często, jednak od czasu do czasu skacze sobie ona na kolejnych stronach nieznacznie w górę i w dół od krawędzi papieru. Nie sprawdzałam tego, ale gdzieniegdzie czuć jakby kadry były nieco poucinane, np. na 12 stronie.

Ostatnie wydania Kotori borykają się z problemami jakości wydrukowanych ilustracji, a związane to jest z materiałami na których pracują. W Labiryncie uczuć nie widać tego problemu - nie ma rozmazań, piksel (edit. jednak po zwróceniu uwagi przez Otai, okazuje się, że rzeczywiście w porównaniu z inną wersją, ilustracje w moim tomie są nieco rozmazane i rozjaśnione, ale też nie na wszystkich stronach), jednak spotykamy się z "śnieżeniem" czy jakby to inaczej nazwać. Czym się to charakteryzuje? To dziwne, białe plamki pojawiające się tam gdzie użyto dużo farby drukarskiej - np. na koszuli, włosach. Owo zjawisko nie występuje w całym tomie, cieżko powiedzieć według jakiego wzoru się to pojawia i dlaczego z taką, a nie inną intensywnością. Czasami jest tego niewiele na stronie, czasem sporo i mocno rzuca się w oczy (np. 110 str.), no i są też ilustracje całkowicie wolne od tego.

Pod względem typesettingu Labirynt uczuć jest bardzo zbliżony do opisywanych przeze mnie parę miesięcy temu Kwiatów grzechu. Główne czcionki są takie same (proste, dość standardowe), pojawiły się też nowe - np. jedna do przemyśleń w "kwadratach", która wydaje mi się nieco za mała. Teksty są dobrze rozłożone, onomatopeje zostały w całości wymazane i zastąpione polskimi, dość niewielkimi (ogólnie jakoś mam wrażenie, że mało ich było). Podobnie jak w manhwie Lee Hyeon-sook tutaj teksty też są pisane w różnych kolorach - dialogi są czarne, a np. przemyślenia lekko szarawe. Ponadto w kilku miejscach przydałoby się zrobić obrys wokół literek (w tych najważniejszych jest, ale na 66 str. też by się przydał). Wracając jeszcze do czcionek - oprócz tej użytej w tytule, podobała mi się również ta, którą oznaczano rozdziały czy historie bonusowe. Jednak teksty nią pisane wydawały mi się nieco za małe, zwłaszcza "Koniec", który niezbyt się rzucał w oczy i przez co za pierwszym razem go nie zauważyłam.

Na początku działalności wydawnictwa Kotori ich mangi były tłumaczone z języka japońskiego przez Tomasza Molskiego, mocno chwalonego przez czytelniczki (niestety, osobiście, nie byłam w stanie jeszcze wyrobić własnej opinii o jego przedkładach). Jednak od niedawna współpracują z nimi dwie nowe osoby, w tym Anna Piechowiak, która odpowiedzialna była za Labirynt uczuć. Zacznijmy od samego tytułu, który w przeciwieństwie do większości mang na polskim rynku - nie jest mniej lub bardziej dokładnym przekładem oryginalnego. Po wyjaśnienia czemu zdecydowano się na taki, a nie inny krok odsyłam pod ten link. Moje uczucia względem niego są neutralne - pasować pasuje, brzmi nie najgorzej (ale też nie nadzwyczajnie). Chociaż kto wie jakbym zareagowała gdybym była wielką fanką? Chociaż szczególnych protestów nie zauważyłam. No i bądź co bądź to tylko tytuł - ważniejszy jest środek. A tam jest całkiem, całkiem. Tom czytało się przyjemnie, tam gdzie miało być żartobliwie - było, większych zgrzytów nie odnotowałam, no może "przegrany facet" (str. 9), "kulas" (str. 15). Poza tym dopiero za chyba czwartym razem zrozumiałam o co dokładnie chodzi na 42 stronie (chodzi mi dokładnie o: "Odniosłem wrażenie, że ty też, ale teraz wiem, że nie"). No i ten "dyrektor". Mi osobiście to słowo kojarzy się z naprawdę wysokim stanowiskiem, zarządcą całej instytucji/firmy, ewentualnie dużego departamentu. Jednak patrząc się na sceny dziejące się w pracy - Togawa nikim takim nie jest, zaledwie kierownikiem działu w jakiejś wielkiej korporacji czy czymś podobnym. No i może coś źle zrozumiałam scenę na 171 stronie, ale wydaje mi się, że Shima w tym miejscu wypowiada swoje imię, a chyba raczej nie powinien? Przez korektę przemknęła się też literówka na 75 stronie.

Labirynt uczuć to pierwsze yaoi jakie w życiu przeczytałam, a mam już trochę lat. Shounen-ai się zdarzyło, ale można je policzyć na palcach. Nigdy nie byłam zainteresowana tym rodzajem mang, chociaż mam takie wspomnienie sprzed 1X lat, że spodobał mi się opis Gravitation w ś.p. Kawaii (ostatecznie nigdy tego na oczy nie widziałam). Dlatego też mam blade pojęcie o zasadach panujących w takich tytułach, stereotypach, kliszach, komunałach, przez co jeśli takowe wystąpiły nie byłam w stanie ich wykryć. Co mnie zdziwiło? Przede wszystkim ilość scen erotycznych - może zaskoczę was, ale według mnie było ich mało. Znaczy się, było całkiem sporo, ale z tego co się nasłuchałam na temat tego gatunku - spodziewałam się znacznie więcej. No i były niezbyt dokładne, czy rozbudowane. I tylko w jednym miejscu była średnio zasadna.

Recenzowana manga zbiera na różnych portalach wysokie noty. Bez porównania do innych podobnych pozycji ciężko powiedzieć jaką sama bym ocenę wystawiła, ale na pewno nie jakąś niską. Było krótko, treściwie, bez nadmiernego patosu i dramatyzmu. Tylko tego Shimę bym bardziej męskiego zrobiła, albo chociaż oleju mu do głowy nalała, ostatecznie zmieniła w kobietę.



Mangę przeczytałam dzięki uprzejmości wydawnictwa Kotori.

20 komentarzy:

  1. "nie ma rozmazań, piksel" - widzialam co prawda tylko 3 egzemplarze, ale we wszystkich 3 to o czym mowisz sie pojawilo :(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ach, a poza tym - stereotypy o BL sa w duzej mierze nieprawdziwe - po prostu wiele fanek w Polsce jest nakierowane na same seksy, podczas gdy BL ma spory "odlam" takich okruchow zycia, w ktorych seksu jest tyle samo, albo jeszcze mniej niz w "Labiryncie".

      Usuń
    2. Naprawdę? :O A patrzyłam się za tym, po tym co widziałam w Kwiatach. Możesz podać jakieś przykłady?

      Usuń
    3. No cóż, widać uległam stereotypom o BL :) Nigdy nie wnikałam w tematykę, więc tak już mi zostało :)

      Usuń
    4. Ten komentarz został usunięty przez autora.

      Usuń
    5. Kazda strona jest bardziej rozmazana i nieostra, podobnie jak w Kwiatach, w porownaniu do skanow czy zdjec z amerykanskiego wydania wydaje sie nadal zpikslowana, tylko typesetting jest taki jak powinien byc. I w sumie jestes pierwsza osoba z bloggera, z ktora rozmawiam, a ktora tego nie ma

      Usuń
    6. Włączyłam skany, no i rzeczywiście jest pewna różnica, wersja Kotori jest ogólnie jaśniejsza i nieco mniej ostra (ale też nie zawsze - sprawdzam na losowych stronach). Jednak ogólną jakością od Kwiatów grzechu różni się zdecydowanie, gdzie to było od razu widać.

      Usuń
    7. Przy okazji dzięki za zwrócenie uwagi, nie powinnam jednak wierzyć pierwszemu wrażeniu.

      Usuń
    8. Ja mam ich 2 pierwsze wydania (w sensie Kotori) i tam nie ma żadnych problemów, nawet jakiejś mniejszej ostrości, dlatego dla mnie nadal jest to cofanie się ;). Czekam aż wrócą do pierwotnej formy, skoro na początku sie dało, to teraz też musi! ;)

      Usuń
  2. Trafił Ci się najwidoczniej lepszy egzemplarz. Mi paprochy fruwają po praktycznie wszystkich stronach. :/ Drażni mnie to strasznie, bo wygląda, jakby bohaterowie cierpieli na jakiś zaawansowany stopień łupieżu. Za to przynajmniej klej nie wylazł na kolorową stroną. I Bogu dzięki żadnej pikselozy też nie mam. A co do tłumaczenia to... czytało się dobrze, ale gdzieniegdzie trochę mi zgrzytało. Ale chociaż ich korekta nie śpi. ^^'
    (Swoją drogą, to moja pierwsza manga od Kotori. Nie zniechęciło mnie to wydanie do nich na tyle, by omijać ich szerokim łukiem, ale też i nie zachęciło, by sięgnąć po inny tytuł Yonedy Saezuru, który zlicencjonowali. No chyba że zrobią coś z tym drukiem.)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Drukarnię zawsze można zmienić, do Saezuru trochę czasu, więc jest nadzieja. Chociaż w tej samej drukarni robili 4 tom Tyrana, a tam śnieżenia nie ma, więc w sumie ~~ to chyba jest jak się akurat trafi? No chyba, że to jakaś dywersja ze strony przeciwników yaoi? :P

      Usuń
  3. nie iwme jak to jest, ale nie mogę znaleźć tej mangi w empiku w WARSZAWIE a ich jest tutaj wiele! niemniej dalej poluję, bo fanką yaoi jestem :D
    co do twogo pytania, co czytają geje, czemu kobiety czytają yaoi itp to tutaj autorka poruszyła ten temat i myslę, że jest wszystko wytumaczone, co nas kręci w yaoi :D polecam przeczytać :3 http://skosneoczy.blogspot.com/2012/03/co-nas-kreci-i-podnieca-w-yaoi.html

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. + mój gej-przyjaciel lubi sobie też yaoi poczytać, bo uważa, że jest mega urocze XD ♥

      Usuń
    2. Może nie ma bo wykupili cały nakład? :) Skoro jesteś z Warszawy to nie lepiej pójść do Komikslandii czy Yatty? Tam powinni mieć. We Wrocławiu widziałam w empiku jakiś czas temu.

      Dzięki za linka, przeczytam przy okazji :) Czyli poczytać lubi, a jaki gatunek lubi najbardziej?

      Usuń
    3. on to za mangą zbytnio nie, ale gdy się dowiedział, że czytam mangi o gejach to przeczytał wszystkie moje yaoi i jego ulubione to keep out oraz tyrant :D
      no mogę do nich wstąpić, ale empiki mam bardziej po drodze XD ale chyba trzeba będzie ruszyć tyłek do nich~

      Usuń
  4. Ale to przecież nie trzeba wcale oblatywać wszystkich empików, tylko zgłosić sprzedawcy, że chce się, żeby sprowadził z innego sklepu albo z centrali.
    Otai, ja myślę, że Tobie to specjalnie z pikselami dają, bo Cię nie lubią :D Musisz się nauczyć czytać między wierszami :D
    Mysz

    OdpowiedzUsuń
  5. Ostatnio przeglądam recenzje tej mangi w sieci, by się przekonać czy mam podobne zdanie co recenzent(ka) :) A twoja opinia jest dość zbliżona do mojej.
    Co do pytania, czy gej czytują yaoice. Spotkałam się z opiniami że, delikatni mówiąc, nie przepadają za tym gatunkiem bo powiela dość krzywdzący schemat, iż gej to zniewieściały chłoptaś, co myśli tylko o tym aby się dorwać do rozporka innego faceta. Prawda jest taka, że yaoi jest tylko i wyłącznie kobiecą fantazją na temat związków męsko-męskich, i rzadko ma coś wspólnego z rzeczywistością. Z resztą, nie każdy gej czy lesbijka z racji swojej orientacji muszą czytać tylko homo romanse :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. MIło mi to słyszeć :)

      Oczywiście, że nie muszą i choć nie interesowałam się tym tematem, też kiedyś mnie doszły słuchy, że nie czytają. Ale ile w tym prawdy było to nie wiedziałam i dlatego skierowałam to pytanie do bardziej zorientowanych :)

      Usuń
  6. Bardzo mi się podobało, takie jakieś realistyczne, oczywiście, na tyle, ile może być yaoi :) Nie ma też nachalnego podziału na seme i uke, ostatnio miałam pecha i trafiałam na same przegięte pod tym względem tytuły. Świetna recenzja, właściwie jak każda Twojego autorstwa - długa i szczegółowa.
    ,,No i wydawanie yaoi będzie możliwe bez wielgachnej nagonki we wszelakich mediach? Swoją drogą od dłuższego czasu zastanawiam się dlaczego to płeć żeńska jest głównym odbiorcą tytułów boys love? Co czytają geje? Lubią yaoi, a może wolą coś innego? Ciekawie by było przeprowadzić takie badania." - nie wiem, jak to jest z gejami, ale wiem, że sporo lesbijek i biseksualistek od yuri woli sobie poczytać jakieś ecchi ;)
    Na szczęście mnie ominął problem kleju, ale biały łupież jest bezlitosny i dociera wszędzie. Co to Kotori :C
    Narzekanie na niemęskiego Shimę... Kochana, Shima w porównaniu z większością bohaterów, jakich można w yaoi spotkać, to wręcz promieniuje męskością :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki *rumieniec*. Pech się kiedyś odwróci i coś się znajdzie lepszego na pewno :)

      Ecchi, mówisz? Ciekawe i w sumie logiczne :)

      To oni bywają jeszcze mniej męscy? To jednak na pewno nie będzie mój gatunek - jednak bolę męskich mężczyzn. Oczywiście nie w typie macho-damskiego bohatera, ale po prostu faceta :)

      Usuń