poniedziałek, 23 czerwca 2014

[recenzja]Seven Days tom 1

Trochę minęło od ostatniej recenzji. No cóż, tak jak uprzedzałam, nie miałam ostatnio zbytnio czasu i wciąż nadal z tym ciężko, ale powolutku udało mi się wyskrobać poniższy tekst. Planuję w najbliższym czasie wypuścić może jeszcze dwa, zapewne Przekleństwo siedemnastej wiosny i coś jeszcze (nie zdecydowałam się na razie co), ale czy i kiedy to będzie zależy od kilku różnych czynników. Niestety wydawnictwa nie ułatwiają mi życia, bo za dużo tytułów wypuszczają ostatnio i nie wiadomo w co ręce wsadzić. Oj, niedobrzy wy, niedobrzy.


Shino znany jest z tego, że mówi to, co mu ślina na język przyniesie. Dziewczęta doceniają jego urodę i chętnie się z nim umawiają, lecz przy bliższym poznaniu czar pryska. Przypadkiem Shino dowiaduje się, że Seiryou Touji, uczeń tej samej szkoły, w każdą niedzielę kończy kolejny związek, a pierwsza osoba, która w poniedziałek go o to poprosi, zaczyna z nim chodzić. Zaintrygowany Shino postanawia sprawdzić, ile jest w tym prawdy...

Seven Days to jedna z najbardziej znanych mang z gatunku shounen-ai, o której nawet taki laik w tym temacie jak ja, słyszał. Akcja tej dwutomówki toczy się w ciągu jednego tygodnia - od pewnego pogodnego poniedziałkowego ranka, aż do niedzieli. W pierwszym tomie mamy możliwość zobaczenia wydarzeń z czterech pierwszych dni. Dlaczego całość rozgrywa się w te tytułowe siedem dni? Gdyż tyle ostatnimi czasy trwają związki Touji Seryou, znanego, wydawałoby się kobieciarza. Pierwsza osoba która się do niego zgłosi w poniedziałek - zostaje uszczęśliwiona na ten okres czasu idealnym wręcz chłopakiem.

W tę, nieco dziwaczną grę, postanawia zagrać Yuzuru Shino, jeden ze starszych uczniów liceum Huoka. Jakby żartem prosi go chodzenie, jednak zanim otrzymał jakąś odpowiedź - pojawia się dostawca pizzy na którego czekał i młodzieniec momentalnie zapomina o sprawie. Jednak Seryou bierze całość na poważnie i już niedługo później zjawia się w klasie "swojego chłopaka" proponując wspólny powrót do domu oraz wymianę maili i numerów telefonów. Niczego nieświadomy Yuzuru wymawia się od spaceru i beztrosko wychodzi ze szkoły. Dopiero po jakimś czasie uderza go wspomnienie jego porannego pytania.

I mniej więcej tak zaczyna się ten dziwaczny związek dwóch licealistów, wspólnie uczęszczających do klubu łuczniczego. Akcja mangi toczy się w dość leniwym tempie, zabierając nas wspólnie z chłopakami do kina, na ramen, zajęcia klubowe, wspólnie przerwy oraz spacerki do i z szkoły. Bohaterowie powoli poznają swe charaktery, zwyczaje, zdarzenia z przeszłości, które wpłynęły na ich teraźniejsze zachowania. Bo to wcale nie jest tak, że te "tygodniowe chodzenia" wzięły się tak same z siebie, za tym wszystkim stoi coś więcej.

Touji, nasz tygodniowy randkowicz, wcale nie traktuje tego całego zamieszania jako zabawy czy gry - on to wszystko robi absolutnie na poważnie. Naprawdę szuka prawdziwej miłości i najwyraźniej nie ma dla niego znaczenia płeć ukochanej osoby. Wydaje się wrażliwy, delikatny, znacznie bardziej dziewczęcy niż drugi bohater. Mimo iż jest świetnym łucznikiem - permanentnie opuszcza zajęcia klubowe. Do czasu, oczywiście, gdy jego chłopak bierze sprawy w swoje ręce i przymusza go do większego zaangażowania. Sam Yuzuru to przystojniak, który traci w oczach dziewcząt przy bliższym poznaniu. Jego niewyparzony język i niezbyt idealne zachowanie nie raz sprawiły, że został porzucony przez wybrankę. To jego z deka szalony pomysł nakręcił całą fabułę i kto inny pewno by się szybko wycofywał z tej sytuacji - on przyjął ją ze spokojem, taką jaką była i ciągnie całość dalej. Pozostali bohaterowie to praktycznie tła dla naszych chłopców. Można wyróżnić jedynie dwie dziewczyny - Koike, mocno stąpającą po ziemi przyjaciółkę Yuzuru, która niegdyś przeżyła tytułowe siedem dni oraz pewną tajemniczą niewiastę, która wkrada się w życie Seryou.

Pytanie jakie sobie można zadać po lekturze tej mangi brzmi (a przynajmniej ja sobie zadawałam) - czy taka historia mogłaby się wydarzyć naprawdę? Dwaj praktycznie nieznani sobie nastolatkowie, nie mający do tej pory nic wspólnego z homoseksualnymi związkami - zaczyna się spotykać ze sobą i ich relacje stają się znacznie bliższe niż pomiędzy dwoma przyjaciółmi. Nie mają żadnych obiekcji co do tego, owszem - ukrywają swoje "chodzenie" przed innymi, ale czy aby na pewno można tak łatwo przejść do porządku dziennego ze zmianą swojej orientacji seksualnej? A nawet jeśli to tylko młodzieńczy eksperyment - wydaje mi się, że traktują to dość lekko.

Fabuła Seven Days nie obfituje w niespodziewane zwroty akcji, wybuchy, strzelanki, a opiera się bardziej na dialogach i budowaniu relacji między dwoma jednostkami. Prowadzona jest całkiem sprawnie, bez jakichkolwiek zbędnych zapychaczy. Sam wątek homoseksualny - cały czas obecny, lecz nie natarczywy. Przez większą część czasu bohaterowie zachowują się tak, jakby byli bliskimi, najlepszymi przyjaciółmi, a nie kochankami. Czy tydzień wystarczy na to, aby dostatecznie dobrze poznać drugą osobę i stwierdzić - to jest ten jedyny/jedyna? Osobiście nie jestem do tego przekonana - pewne rzeczy, niekiedy bardzo ważne dla funkcjonowania związku, tak naprawdę zaczynają wychodzić po pewnym czasie...

Przy Siedmiu Dniach swoje siły połączyły dwie Japonki - Venio Tachibana odpowiedzialna była za scenariusz, a Rihita Takarai za rysunek. Kreska jest delikatna, postacie całkiem przystojne (choć po zapowiedziach jacy to oni są piękni - spodziewałam się czegoś więcej), momentami za mało ekspresywne jak na mój gust, szczupłe, smukłe. Manga nie obfituje w dużą ilość szczegółowych teł, autorka często zostawia je puste, bądź używa rastrów (w rozsądnej liczbie). Bardzo poważnych błędów anatomicznych nie zauważyłam, jednak np. gdzieniegdzie szyja wydawała mi się zbyt długa, ręka za duża, głowa za mała w porównaniu do reszty itp. Nie zostałam fanką oczu rysowanych przez Takarai - na większości stron są poprawne, jednak od czasu do czasu zdarzały się gorzej wyglądające. Akcja jest dobrze rozplanowana na stronach, nie ma problemu z podążaniem za nią.

Seven Days zostało wydane w podobny sposób jak niedawna inna nowość Kotori - Labirynt uczuć. Tom posiada wymiary 130x182mm, nie ma obwoluty, a grubą, kartonową, matową okładkę ze sporymi białymi skrzydełkami. Z przodu widać czwórkę licealistów (choć Koike mało co) idącą (zapewne) szkolnym korytarzem z ładnym widokiem na morze. Całość wieńczą różowo-białe napisy z tytułem, polskim tłumaczeniem i autorkami. Róż dość mocno się odcina od reszty i chętnie bym zobaczyła jakby całość wyglądała gdyby go zamienić na coś innego. Grzbiet to jasnoniebiesko-biały gradient ze standardowymi elementami (tytuł, podtytuł tomu, autorki, logo wydawnictwa i znaczek "Kolekcja BL"). Tył to krótkie streszczenie fabuły, kod kreskowy, ISBN, cena, polskie tłumaczenie tytułu. Brak jest jakiegokolwiek ograniczenia wiekowego. No i jest oczywiście rysunek Seryou stojącego na stacji metra i patrzącego się na telefon. Nigdy nie miałam komórki z klapką, jednak wydaje mi się, że trochę źle ją trzyma - czy nie powinien mieć też palców trochę niżej?

W środku znajdziemy jedną kolorową, śliską w dotyku kartkę - z przodu mamy siedzącego Yuzuru, a z drugiej strony niebiesko-biały spis treści (przydałby się tu jeszcze jakiś obrazek, bo dużo pustego miejsca zostało). Dalej mamy zwykły biały papier, niefalujący, leciutko prześwitujący. Na dotyk wydaje się nieznacznie grubszy i bardziej szorstki niż w Labiryncie. Tomik otwiera się na tyle dobrze, żeby było wygodnie czytać, jednak z robieniem zdjęć miałam już niewielki problem. Czasami wewnętrzny margines wydawał mi się zbyt mały, bądź go w ogóle brakowało. Niestety tu i ówdzie znajdziemy poucinane kadry (a przynajmniej takie można odnieść wrażenie) - np. na 12 stronie figura ma wyraźnie przyciętą głowę. Numeracji nie znajdziemy na każdej stronniczce, lecz występuje bardzo często. Po różnych przygodach z drukiem i przygotowaniem materiałów - Kotori zaczyna wychodzić na prostą. Może tylko czasem bym trochę przyciemniła druk, a z rzadka w moim egzemplarzy zdarzyły się strony jakby lekko poszarzałe np. 82-83, 100-101 (widać to tam gdzie dużo czerni).

Czcionki użyte w opisywanej mandze są proste, nieprzekombinowane. Ta do dialogów jest taka sama jak w Labiryncie, jednak nieco jaśniejsza. Ta do przemyśleń jest natomiast dość niska i szeroka. Teksty są dobrze rozmieszczone w dymkach, onomatopeje z jednym wyjątkiem wymazano w całości i zastąpiono polskimi odpowiednikami. Zostało też trochę japońskich znaków - na przykład wiszące menu w restauracji. W dalszym ciągu myśli w dymkach są zapisywane szarym fontem, jednak tym razem znacznie mniej rzuca się to w oczy.

Za tłumaczenie recenzowanej mangi odpowiedzialny był duet: Tomasz Molski i Katarzyna Borkowska. Czytało się przyjemnie, większych zgrzytów czy błędów nie zauważyłam. Z mniejszych natomiast chciałabym przytoczyć tytuł trzeciego rozdziału - "Wtorek - południe". Według mnie powinno być "popołudnie", gdyż akcja wyraźnie toczy się po zajęciach, a wątpię aby w Japonii licealiści wychodzili ze szkoły o godzinie dwunastej. Druga sprawa to co jakiś czas wracająca sprawa nazewnictwa klas, która jest inna niż Polsce. Tym samym mamy na 31 stronie rysunek z "3-4", a na 33 stronie mamy "klasę D" wraz z przypiskiem. Niby teoretycznie wszystko jest ok, ale jakoś tak mi to wszystko nie pasuje. Swoją drogą dopiero przy tym tytule zauważyłam (w LU jakoś nie), że Kotori imiona i nazwiska bohaterów nie zamienia miejscami, pozostawiając je w japońskim porządku (czyli najpierw nazwisko, potem imię). Ostatnio wśród wydawnictw jest raczej trend do stosowania polskiej kolejności, ale jak widać - nie we wszystkich.

Okruchy życia i romans to dwa tagi, które doskonale oddają ducha tego tomu. Szukanie swojej drugiej połowy, powolne poznawanie siebie nawzajem, budowanie relacji, mierzenie się z przeszłością, a to wszystko z małym, pikantnym męsko-męskim dodatkiem. Parę razy już widziałam opinię, że jest to dobry tytuł do zaczęcia przygody z gatunkiem boys-love. Rzeczywiście, ten element jest bardzo delikatny i byłby praktycznie niewidoczny gdyby nie pewno wydarzenie pod koniec środy. Czy w następnym tomie będzie podobnie? Myślę, że będzie trochę więcej elementów romansowych - gdyż z każdym rozdziałem nasze chłopaki zbliżają się do finałowego rozstrzygnięcia - czy w następny poniedziałek wymażą się nawzajem z własnego życia, a może dalej będą pielęgnować te powoli rosnące uczucia?



Mangę przeczytałam dzięki uprzejmości wydawnictwa Kotori.

8 komentarzy:

  1. Mnie uderzyło parę rysunków, na których widać Seryou w całości - w porównaniu z ciałem, jego główka była malutka i nie wyglądało to za ładnie. Poza tym, czy ręce bohaterów nie są zbyt długie? Widać to np. na okładce przy Koike.

    OdpowiedzUsuń
  2. Strasznie podoba mi się ta kolorowa strona. Mogłabym sobie powieść ten rysunek na ścianie jako plakat. Co do recenzji, bardzo fajna i rzeczowa, czyli tak jak zawsze :)
    To twoja druga manga spod znaku BL? I jak? Będziesz czasem wracać do tego gatunku, czy po SD już sobie go raczej odpuścisz?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W najnowszym magazynie Kyaa jest plakat z tą kolorową stroną.

      Usuń
    2. Łeee, szkoda tylko że za Kyaa nie przepadam :\ Może na jakimś konwencie będzie sprzedawany, to sobie kupię wtedy.

      Usuń
  3. @Luna Tak masz racje, zdarzają się takie rysunki. Na początku jakoś zupełnie ich nie zauważałam, dopiero jak dokładniej oglądałam.

    @Maru Lektura tych dwóch tomików to było ciekawe doświadczenie. Na pewno nie będę piszczeć z radochy na widok dwóch facetów razem, jednak zapewne nie będę odrzucać z góry tego typu tytułów, jak bywało do tej pory. Choć oczywiście będę do nich podchodzić z dużą dozą ostrożności, gdyż te dwa tytuły pokazały, że yaoi to nie tylko kontakty płciowe między dwoma męskimi osobnikami, ale to wciąż tylko mały wycinek tego gatunku.

    Moim życiowym celem, który sobie kiedyś postawiłam, jest przeczytanie wszystkich mang które wyszły w polsku. Ciężkie zadanie i wydawało mi się zawsze dość niemożliwe, właśnie ze względu na m.in. mangi boys love. A teraz czuję, że mogę spróbować pożyczyć pierwszy tom Yami no Matsuei ;) To chyba jest b. delikatne też, prawda?

    I tak, praktycznie to drugi tytuł :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Taaa, Yami jest dość delikatne. Znaczy, tam nic nie jest przedstawione "wprost".
      Wiać, że między bohaterami coś jest, ale autorka nie pokazuje tego w sposób dosadny. Trochę podtekstów, łapania się za mordki, przytulanie i chyba tyle. A nie, jest jedna scena seksu między mężczyznami, ale i tak za wiele nie widać.

      Usuń
  4. "Seven Days" to pierwsze "pełnoprawne shounen-ai" na mojej półce i jestem bardzo zadowolona z lektury. Wątek miłości homoseksualnej nie jest nachalny, nie ma "scen", więc całość nie jest "ciężkostrawna" (ja owych "scen" nie lubię).
    Czy taka historia mogłaby wydarzyć się naprawdę? Moim zdaniem nie. Przecież żaden z bohaterów nie odczuwał do tej pory pociągu do osób tej samej płci (a przynajmniej tak wnioskuję z pierwszego tomu). W tym wieku ich orientacja jest już raczej jasno określona, więc wygląda to tak, jakby "nagle im się odmieniło". Ni z gruszki, ni z pietruszki;P. Ale to wcale nie przeszkadza cieszyć się lekturą tej mangi. To taka nieco odrealniona, ciepła opowieść o miłości.
    Paradoksalnie, postacie są bardzo "prawdziwe". Podobało mi się, że główni bohaterowie to zwyczajni chłopcy, a nie jakieś omdlewające, zniewieściałe niewiadomo co:/.

    OdpowiedzUsuń
  5. Dla mnie mangi pisane przez sama Takarai sa lepsze, chociazby dlatego, ze jej wlasne postaci maja refleksje na temat tego, ze sa facetami (no i postacie innych jej mang sa starsze, a do mnie jednak bardziej trafiaja opowiesci o ludziach pracujacych czy studentach po prostu, bo jakos latwiej sobie wyobrazic, ze takie osoby moga stworzyc stabilny zwiazek.

    I generalnie wydaje mi sie, ze kreska Rihito Takatai sie poprawia z czasem, ale i tak ta seria mi sie podob pod wzgledem rysunku - ja po prostu lubie wydluzone proporcje, lubie jak szyja jest za dluga, czy tam konczyny sa wydluzone, oczywiscie w rozsadnych proporcjach, a Takarai potrafi sie zatrzymac w takim momencie, ze jeszcze nie chce mi sie smiac z tego co widze. ;)

    OdpowiedzUsuń