niedziela, 30 listopada 2014

[recenzja]Orange tom 1

Jakimś cudem wyrobiłam się dzisiaj z recenzją. A już miałam wątpliwości. Ciężko się pisze jak jest tak zimno, ciemno za oknem, a kaloryfer nagle staje się twoim najlepszym przyjacielem.

Jutro pierwszy grudnia. Macie już kalendarze adwentowe? Ja kupiłam, tyle lat mam, a pierwszy raz w życiu będę go miała. Choć w sumie nie powinnam jeść czekolady, ale co to za grudzień bez napychania się słodyczami?

A teraz koniec głupotek, zaczynamy lekturę:

Początek roku. Wiosna. Liceum. Otrzymuję list od samej siebie z przyszłości odległej o 10 lat. Zapisana jest w nim prośba skierowana do nastoletniej mnie...

Dla Naho nowy rok szkolny zaczął się pechowo - dziewczyna po raz pierwszy w życiu zaspała do szkoły. Gdy w pośpiechu wybiegała z domu, złapała list który do niej przyszedł. A na nim, o dziwo, zarówno jako odbiorca i nadawca widniało jej imię i nazwisko. Dopiero w klasie miała czas otworzyć kopertę - "Do mnie z drugiej klasy liceum. Jak się masz? Jestem Tobą starszą o dziesięć lat. Piszę ten list, ponieważ mam do Ciebie prośbę." To co początkowo wydawało się dziwnym żartem - okazało się najprawdziwszą prawdą. Wszelkie informacje podane w liście sprawdziły się co do joty. Do jej klasy przyszedł nowy uczeń z Tokio - Kakeru. Zakolegował się z paczką znajomych głównej bohaterki i razem po szkole poszli sie powłóczyć - choć wiadomość z przyszłości wyraźnie mówiła, aby Naho powstrzymała ich wspólne wyjście. Ale kto by uwierzył takiemu dziwnemu przekazowi? A przynajmniej na początku.

Nic się nie wydarzyło szczególnego na tym wypadzie, Naho jak zawsze opisała ten dzień w swoim pamiętniku. I tu kolejna dziwna sprawa - zarówno ów wpis jak i list zawiera dokładnie te same sformułowania. Czyżby rzeczywiście to wszytko było prawdą i ta wiadomość z przyszłości powstała na podstawie zapisków głównej bohaterki? Bo przecież kto pamięta szczegóły wydarzeń sprzed dziesięciu lat? Nie przeczytawszy całości, Naho z lekkim strachem odkłada papiery do szuflady. Przez następne dwa tygodnie Kakeru nie pojawia się w szkole i dziewczyna zaczyna się martwić. Sięga więc z powrotem po tę tajemniczą przesyłkę i znajduje tam kolejne zalecenia. Naho, choć z wielkim trudem i nie zawsze, jednak powoli zaczyna się stosować do rad, zmieniając swoje i swoich najbliższych przyjaciół losy. Jeżeli żal i wyrzuty sumienia są aż tak duże iż dały radę przesłać wiadomość w przeszłość - to ona nie chce ich odczuwać, skoro może im zapobiec.

Dziesięć lat później. Bohaterowie zbliżają się do trzydziestki. Niektórzy weszli w związki małżeńskie, mają dzieci, zmieniły się ubrania, fryzury, więzi między nimi zaczęły się rozluźniać - jak to w życiu. Cała pierwotna paczka przyjaciół spotyka się po latach, wspomina stare dzieje, dają upust swej goryczy, spowodowanej pewnymi wydarzeniami z czasów licealnych. Gdyby mogli, zmieniliby przeszłość - czy te właśnie wydarzenia stały się początkiem "głównej" fabuły?

Kiedy patrzę wstecz na swoje życie, widzę pewne sprawy w innym świetle. To, co wydawało się kiedyś super ważne, czym niemiłosiernie się przejmowałam, z perspektywy czasu wydaje się czasem błahe i nieważne, a decyzje, które wówczas podejmowałam okazały się niekiedy złe. Gdybym mogła wrócić do tamtych lat - na pewno coś bym zmieniła. Zresztą jak, na pewno, wielu z was. Choć pytanie brzmi - czy takie zmiany na pewno by były na lepsze? Naho postępując zgodnie ze wskazówkami zawartymi w liście, uruchamia ciąg wydarzeń, którego zakończenia nie jest w stanie przewidzieć. Teoretycznie, naprawiając własne błędy - przyszłość powinna być lepsza. Jednak, co jeśli w ostatecznym rozrachunku wszystko zakończy się jeszcze gorzej? Tego nikt nie jest w stanie przewidzieć. Choć następujące zmiany wydają się na razie zmierzać w dobrym kierunku. A jeśli koniec tej "zmienianej" historii będzie taki sam jak "pierwotnej", to czy Naho będzie bardziej czy mniej rozgoryczona, że mimo jej starań, ostateczny wynik pozostał ten sam?

Paczkę przyjaciół, bohaterów Orange tworzą uczniowie drugiej klasy liceum w Matsumoto. Naho Takamiya to dobra dziewczyna, troszcząca się o bliskich, stawiająca ich szczęście powyższej swojego. Dziewczęca, nieśmiała, nie wychodząca poza szereg, bojąca się popełnić nietakt, rozczarować kogoś. Za sprawą listów od siebie z przyszłości powoli wychodzi ze swojej skorupy. Hiroto Suwa to wesoły, przyjazny, towarzyski chłopak, który jako pierwszy zagadał do "nowego". Tryskający energią członek klubu piłkarskiego, opiekuńczy w stosunku do przyjaciół. Natomiast Kakeru to spokojny, nieco samotny były mieszkaniec Tokio. Choć wciąga go życie "gangu", śmieje się radośnie z nimi, to miejscami wydaje się zagubiony, gdzieś daleko od tego wszystkiego. Jest uważnym obserwatorem, miłym i dobrym chłopakiem. Wokół tej trójki kręci się większość fabuły, jednak nie można zapomnieć o pozostałych bohaterach - wiecznie uśmiechniętej, beztroskiej Azusie Murasace, naczelnym wesołku, łatwo się nakręcającym. Często przekomarza się Saku Hagitą, spokojnym, poważnym okularnikiem. Ostatnim członkiem grupki jest Takako Chino, wysoka, ciemnowłosa dziewczyna, spokojna, wydaje się twardo stąpać po ziemi, jest nieco przeciwieństwem roztrzepanej Azusy. Jedyną postacią spoza tej szóstki, o której można jeszcze coś napisać jest Ueda z trzeciej klasy, która nieco namiesza w relacjach pomiędzy naszymi nastolatkami.

Pomysł na fabułę nie jest jakiś oryginalny, bohaterowie sympatyczni, lecz nie jacyś wyjątkowi. Jednak jakimś sposobem Ichigo Takano stworzyła mangę, która niezwykle urzekła mnie już od pierwszego rozdziału. Nie zdarza się to bardzo często. Może to przez nastrój tej opowieści, słodko-gorzki klimat. Sięgając po ten tytuł trzeba być świadomym, że jest jest to szkolny romans shoujo. Jeśli ktoś wam próbuje wmówić iż jest to seinen - nie wierzcie mu. To historia pierwszej miłości nastolatki, nieco naiwna, niedojrzała, z wadami i zaletami takowej. Naho stara się z całych sił, czasem się jej udaje, czasem nie, jak to bywa w życiu. Czytając jakieś historie, nie tylko mangi, wielokrotnie miałam ochotę zobaczyć jak będzie wyglądało życie bohaterów ileś tam lat później. Wciąż mam mały żal do Kyousuke Motomi iż nie zamieściła w ostatnim tomiku Dengeki Daisy choć krótkiego zarysu dalszej przyszłości Teru i Kurosakiego. W Orange widzimy bohaterów w dwóch różnych przedziałach czasowych - może nie do końca mi o coś takiego chodziło, jednak takie połączenie ma coś w sobie.

W recenzowanym tomie dostajemy cztery rozdziały Orange, dwustronnicowe posłowie autorki oraz pierwszy z dwóch chapterów wcześniejszej pracy mangaczki - Zakochany astronauta. Jest to historia dwóch różnych z charakteru, lecz identycznych z wyglądu bliźniaczek - Mami i Chiki. Całość rozchodzi się, oczywiście, wokół chłopaka o imieniu Yui, idealnego i bez skazy. Która z siostrzyczek dostanie go w swoje łapy? A może sprawiedliwie się podzielą? (taki żarcik) To krótka manga, bez żadnego głębszego przesłania, raczej przeciętna, wypada blado, zwłaszcza w porównaniu z Orange.

Ichigo Takano przez wiele już lat rysowania wykształciła swój unikalny styl. Bohaterowie są szczupli, przyjemni dla oka, ale tak normalnie, bez jakiegoś szczególnego podkreślania, wymuskiwania. Bez problemu możemy odróżniać ich od siebie, także jeśli mówimy o tej samej osobie w dwóch liniach czasowych. Osobiście nie rysuję, ale domyślam się, że nie jest to takie łatwe - odpowiednie "postarzenie" lub "odmłodnienie" postaci. Różnice nie są duże - 10 lat w ich wieku to nie jest aż tak dużo, człowiek nie zmienia się jakoś bardzo znacząco, jednak pewne zmiany zachodzą. Z tłami jest różnie - mamy zarówno całkowicie puste kadry, z rastrami, z mniej lub bardziej szczegółowymi rysunkami - taki misz masz. Przejścia między obrazkami są jak najbardziej zrozumiałe, czasem zdarzy się jakiś dziwny czy nieproporcjonalny fragment.

Waneko wydało Orange w formacie "średnim" czyli 123mmx176mm. To mnie bardzo cieszy, ponieważ wydanie tego w mniejszym tomiku byłoby wielkim nieszczęściem. Nie podoba mi się ten mały format używany do shoujców od tego wydawnictwa, ten jest znacznie lepszy i co ważne - proporcjonalny (jak dla mnie). Sam wolumin jest dość gruby - ma ponad 220 stron, co było sporym zaskoczeniem po wyjęciu go z koperty. Całość przykrywa matowa obwoluta, na której znajdziemy jeden duży obrazek naszych bohaterów, zdominowany przez kolor zielony. Na przodzie mamy trójkę głównych, roześmianych postaci siedzących na ławce w parku, nad nimi, gdy się dokładnie przyjrzymy zobaczymy numer tomu oraz jeszcze bardziej niewidoczny napis "the first volume". Pod nimi mamy tytuł z małej litery, pisany prostą czionką i kolejne słowa po angielsku "Takano Ichigo presents". Na grzbiecie mamy dalszy ciąg obrazka, tytuł zapisany białą czcionką na czarnym prostokącie z uciętą literką "g" (w pierwszej chwili mi się takie coś nie spodobało, potem uznałam iż bez tego ciemnego tła, tytuł by źle wyglądał), numer tomu, autorkę, malutki napis po angielsku oraz równie małe logo wydawnictwa. Z tyłu na kolejnej ławce siedzą pozostali bohaterowie, mamy również króciutki opis tomu (pisany w pierwszej osobie przez Naho), kod kreskowy, isbn oraz cenę. Skrzydełka są białe z małymi resztkami obrazka, a po lewej stronie jeszcze kilka słów od autorki. Całość wygląda schludnie i wszystko by było super gdyby nie ten numer tomu z przodu, który nieco za bardzo wtapia się w otoczenie. Ponadto od dość dawna Waneko (jak również wiele innych wydawnictw) imiona i nazwiska autorów zapisuje zgodnie z naszymi zwyczajami - dlatego zdziwiłam się iż w recenzowanym tytule mamy nagle kolejność japońską - wpierw nazwisko. Zapewne wzięło się to z tego, że pozostawiono oryginalne angielskie napisy. Jestem w mniejszości, ale według mnie obecne obwoluty są o niebo lepsze niż w pierwszym, japońskim wydaniu. Nie jestem fanką kolaży, dlatego z radością przyjęłam zmianę koncepcji. Sam tomik jest biało-szary z rysunkami Naho i Kakeru. Na przodzie chłopak ma zamknięte oczy, a dziewczyna otwarte - z tyłu jest na odwrót.

Tym co pierwsze rzuciło mi się w oczy po otwarciu tomiku to miękkie, giętkie i cienkie okładki. To oczywiście skłoniło mnie od razu do zajrzenia na stronę redakcyjną i moje podejrzenie się sprawdziło - Orange wydrukowane zostało w nowej drukarni (oczywiście, nie mam dostępu do wszystkich tomów od Waneko, więc nie mogę stwierdzić tego z 100% pewnością, ale na tyle ile mogłam, to sprawdziłam ostatnie nabytki). Niestety nie spisała się ona najlepiej i w moim woluminie znalazłam trochę błędów - od małego "śniegu" na pierwszej stronie (który później też w niewielkiej ilości wystąpi), poprzez kilka zszarzałych stron, prześwitujący druk i kończąc na pomieszanych stronach w Zakochanym astronaucie (wszystkie są, tylko w innej kolejności - co można stwierdzić po nielogicznościach, bo numeracji w całym woluminie praktycznie brak). Sam tom otwiera się bardzo dobrze, marginesy wewnętrzne są dobrze skrojone, a kadry gdzieniegdzie poucinane.

Część dotyczącą czcionek chciałabym zacząć od spisu treści, który mi podejrzanie wygląda na połączenie oryginalnego z wydania japońskiego i dorobionego polskiego. Dlaczego? Górna część zapisana jest fontem, który występował na obwolucie, natomiast dolna zupełnie innym. Osobiście lubię jak wszystko jest ujednolicone. Natomiast główna, dialogowa to duże, bezszeryfowe litery, nie można ich nazwać prostymi, ale też nie są jakieś zakręcone. Kłopotliwe w niej jest to, że przecinek i kropka wyglądają praktycznie tak samo. Zarówno list, czy wiadomość od Kakeru zapisane są czcionkami imitującymi, dość nieskutecznie, pismo pisane. Niestety, jeśli chodzi o typesetting to wielokrotnie można zobaczyć źle rozmieszone teksty z pewną prawidłowością - np. na 104 stronie wypowiedź Azusy została przesunięta w lewo, jakby osoba wstawiająca jej słowa do dymku, spodziewała się iż strona zostanie ucięta (a tu psikus - nie została). Znalazłam też jeden brak spacji (156 str.). Onomatopei nie było zbyt dużo w tomiku, nie zauważyłam żadnej pozostawionej w oryginale.

Przekład Pomarańczki jest dziełem duetu - Magdalena Malinowska i Mateusz Haberka. Całość czytało się dobrze i przyjemnie, lecz zdarzyły się wpadki (wg mnie, można mieć oczywiście inne zdanie). Np. na 18 stronie mamy "pisane znakami na myśliwy" (nie wiem, może to poprawnie, ale mi się wydaje dziwne), na 33 - "co" zamieniłabym na "oo", na 35 mamy dziwny "czas na wymianę", na 69 znienawidzone przeze mnie "miszczu", na 77 niepasujące "nie ma mowy", 130 - "gumka do ścierania" (nie wystarczyłaby sama gumka?), na 131 pojawiła się "temperówka" zamiast "ołówka", tudzież "długopisu", a także niepotrzebne "to" na 165 stronie. Pojawiła się też literówka na 220 stronie.

Nie ma co udawać, że jest inaczej - starzeje się i zmienia mi się gust. Ostatnimi czasy rzadko który shoujec jest w stanie mnie utrzymać jako stałą czytelniczkę. Ciężko mi zdzierżyć jakieś głupoty, moje upodobania kierują się w stronę josei, bądź poważniejszych, mniej typowych shoujców. Dlatego też z zadowoleniem przyjęłam wiadomość iż mimo początkowych zawirowań - Orange zostanie wydane w zrozumiałym dla mnie języku. Jeśli ktoś jeszcze nie wie, to manga podobno ma skończyć się 5-6 tomach, co bardzo cieszy, bo po dotychczasowej fabule widać iż autorka ma konkretny plan na ten tytuł i nie będzie na siłę przedłużać.


Mangę przeczytałam dzięki uprzejmości wydawnictwa Waneko.

3 komentarze:

  1. Jak czytałem ten bonus to bohaterki zmieniły się imionami od sceny ze szafkami(pod koniec),zastanawiałem się z pół godziny która to która.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hmm... ja tam nie widzę żadnej zmiany.

      Usuń
  2. Znam seineny, które są równie "shoujo" co Orange (o chociażby muzyczne anime z tego sezonu tak mi się kojarzy), więc jakoś łatwiej mi się przyswaja to, że takie "shojo" może być postrzegane jako "seinen" - w ogóle mi nie przeszkadza jeśli ktoś tak twierdzi, bo wcale nie mija się z prawdą według mnie przynajmniej.

    OdpowiedzUsuń