niedziela, 22 lutego 2015

[recenzja]Na dzień przed ślubem

Witajcie ponownie, po dłuższej przerwie (od recenzji). W dzisiejszym menu gościmy jednotomowe josei, które wyszło nakładem wydawnictwa Waneko. Chyba to pierwsza taka manga od tego wydawcy - inne były raczej na granicy shoujo/josei. Oby to była ta jaskółka zwiastująca nam zalew takich tytułów, podobny do tego co obecnie dzieje się z "boys love". Josei nowym yaoi!

Ach, te marzenia...



Życie we dwoje to najcenniejszy skarb na świecie...

Na dzień przed ślubem to kolejna jednotomówka wydana przez wydawnictwo Waneko w ich trzymiesięcznym cyklu. Wyróżnia się ona przede wszystkimi dwoma rzeczami - jest ona głównie adresowana do starszych czytelników (co oczywiście nie znaczy, że młodsi fani mangi nie mogą się cieszyć lekturą) oraz jest to zbiór sześciu, niepowiązanych ze sobą fabularnie historii.

Pierwszy rozdział, tytułowe Na dzień przed ślubem opowiada o dniu poprzedzającym zamążpójście pewnej kobiety. Przygotowania się zakończyły, sukienka jest wybrana, rozmieszczenie gości również. Pozostaje już tylko odliczanie godzin i kontemplacja nad zmianami jakie zajdą w jej życiu i jej najbliższych. Powinna być szczęśliwa, jednak to nie znaczy, że nie będzie tęsknić za tym co było.

Ponowne spotkanie z Azusą nr 2 - Azusa to zaradna dziewczynka, której ojciec wyszedł któregoś dnia z domu i nie wrócił. Teraz, dużo później odwiedza on córeczkę raz w roku, pod nieobecność matki. Razem idą do zoo, czy po prostu jedzą lody w domu i cieszą się własnym towarzystwem. Gdy dziewczynka proponuje iż za rok to ona go odwiedzi - mężczyzna mówi nie. Dlaczego?

Czarno-biali bracia - Rokurou i Shirou to bliźniacy, którzy po dziesięciu latach niewidzenia spotkali się na pogrzebie koleżanki ze szkoły. Ci dwaj panowie w mocno średnim wieku zaczynają przy piwie wspomninać zmarłą z którą łączyło ich coś więcej niż przyjaźń.

Rozmarzony strach na wróble to dwu rozdziałowa historia której akcja rozgrywa się w USA. Po dziesięciu latach spędzonych w Nowym Jorku Jack wraca na farmę swojego wujostwa w Kansas, gdzie spędził sporą część swego życia. Okazją jest ślub siostry z którą został przez rodzicielkę podrzucony krewnym, którzy niechętnie się nimi zajmowali, a ich dzieci nieraz im mocno dokuczały. Wówczas to mała Betty zaczęła nazywać "matką" stojącego nieopodal domu stracha na wróble, do którego udawała się po radę, pocieszenie, bądź by po prostu posiedzieć.

Miniaturowy ogródek w październiku - pisarzowi z niemocą twórczą od jakiegoś czasu śni się dziwny sen w którym główną rolę odgrywa kruk. W tym samym okresie do jego mieszkania wprowadza się jego dużo młodsza siostra. Czy te dwa fakty są jakoś ze sobą powiązane?

Potem - ostatni, najkrótszy rozdział to historia małego wycinka dnia widzianego z perspektywy kota, którego niedawno przygarnął pewien samotny mężczyzna.

Wszystkie historie przedstawione w tym tomie są dość krótkie, dlatego też i ich opisy są mało szczegółowe - zdradzanie więcej byłoby już niepotrzebnym spojlerowaniem. Jak pisałam na początku - opowieści te nie są powiązane ze sobą fabularnie, jednak i tak coś je w większości łączy - ogólny, nieco melancholijny, słodko-gorzki wydźwięk. Fani mocny wrażeń nie mają czego tu szukać. Akcja, jeśli jakaś jest, toczy się powoli, a główną rolę odgrywają emocje, uczucia, słowa. Hozumi pokazuje nam pewne fragmenty życia bohaterów - nie wiemy o nich wiele, nie wykłada całości na talerz - z drobnych okruchów możemy dopowiedzieć sobie resztę, bądź wyobrazić.

Gdybym miała wybrać która historia spodobała mi się najbardziej, to bym powiedziała, że ta ze strachem na wróble - choć do niej mam też pewne zastrzeżenie. Czemu autorka umiejscowiła jej akcję w USA? Wydaje mi się, że ta dość uniwersalna fabuła równie dobrze (oczywiście z nieco zmienionymi szczegółami) mogłaby się rozgrywać w Japonii, czy w... Polsce. No chyba, że w Nipponie nie używają strachów na wróble? Wybór nie był bardzo trudny, jednak tak naprawdę to wszystkie historie były ciekawe, miały w sobie dużo uroku. Choć przyznać trzeba, że ich fabuła (prawie) nie zaskakuje - z jednej strony można powiedzieć, że to źle bo mamy znane motywy, powtarzalność, nic ciekawego itp. Jednak z drugiej - to są "okruchy życia", czyli mają być tu pokazane rzeczy na które każdy z nas mógłby się natknąć, każdego mogłyby spotkać.

Wydany przez Waneko tomik zawiera pierwsze prace mangaczki, posługującej się imieniem Hozumi. Pierwsza historia to jej debiut, za który zdobyła drugie miejsce w konkursie magazynu Flowers z ktorym jest związana do dzisiaj. Obecnie tworzy w nim mangę Usemono Yado. Patrząc się na jej rysunki, trudno jest uwierzyć iż to początki jej kariery. Choć jak się nad tym zastanowić - już nie pierwszy raz tego typu zdanie piszę w recenzji. A więc może czas uwierzyć w to, że debiut nie oznacza czegoś brzydszego, gorszego? Kreska Hozumi pasuje do tego typu tytułu - rysunki wyglądają na realistyczne (na ile to możliwe w mandze), oczy są "normalnej" wielkości, bohaterowie nie są wymuskanymi pięknościami i przystojniakami, a zwykłymi ludźmi. Kreska, zwłaszcza na początku wygląda nieco jak szkic. Dobrze oddane są nastroje, atmosfera - dzięki umiejętnemu cieniowaniu, kładzeniu rastrów. Tła nie są zbyt szczegółowe, lecz jest ich całkiem sporo. Ogólnie całość jest mocno jasna i schludna.

Na dzień przed ślubem to kolejna manga w serii "Jednotomówki Waneko", nieodstająca zasadniczo pod względem jakości od poprzednich. Mamy więc duży tomik w formacie 135x195mm, przyjemną w dotyku matową obwolutę. Na froncie możemy ujrzeć głównych bohaterów tytułowej opowieści, siedzących na poduszkach i jedzących pałeczkami z miseczek. Między nimi możemy zobaczyć tytuł i imię mangaczki - są one pisane prostymi fontami, prócz ozdobnego "przed", które swymi zawijasami scala wcześniejsze słowa. Na okładce nasze postacie są przepołowione jakby na pół, ale (na szczęście dla nich) reszta ich znajduje się na lewym skrzydełku (plus krótki biogram) oraz tylnej okładce (wraz z rysunkiem przedstawiającym bohaterów pozostałych opowieści przy stole, streszczeniem zawartości, logiem Waneko, ISBNem, ceną i kodem kreskowym). Na prawym skrzydełku znajdziemy jeszcze ilustrację przedstawiającą kota z ostatniej historii. O ile wymienione przeze mnie powyżej elementy wyglądają ładnie i schludnie, to mam trochę zastrzeżeń do grzbietu. Znajdziemy na nim kawałek postaci żeńskiej z okładki - jednak nie jako pełnoprawną ilustrację, a jakby zielonkawy szkic. Pierwszy raz spotkałam się z takim rozwiązaniem i mam mieszane uczucia. Ponadto mamy tu tytuł (zachowana została czcionka dla "przed", jednak o ile na froncie wygląda to nieźle, tutaj to słówko jest nieco za małe), autorkę, znaczek "JW" i małe logo wydawnictwa. Pod obwolutą znajdziemy biało-pomarańczowy tomik, z przodu powtórzony został rysunek ze skrzydełka, jednak bez kota, a z tyłu mamy stracha na wróble.

Tom otwiera się łatwo i przyjemnie, przez co niekiedy wewnętrzne marginesy wydają się nieco za duże. Papier jest standardowo biały, prześwitujący oraz niefalujący. Numeracja stron się pojawia, nie za często, ale też nie jakoś bardzo rzadko (i jest pisana dużą czcionką). Kadry zapewne zostały nieco poucinane (parę razy poszły kawałki dymków), jednak nie jest to widoczne przy czytaniu. Jakichś wielkich błędów w druku nie zauważyłam, jedynie - czerń niekiedy nie jest najczarniejsza, zdarzają się pojedyncze białe plamki, czy zszarzenia.

Główna czcionka "dialogowa" to font "pisany", czyli mający zarówno duże, jak i małe litery, bezszeryfowy, przypominający ten użyty dawno temu w Paradise Kiss. Pozostałe również są takie same/podobne do zamieszczanych już w innych tytułach, niczym się nie wyróżniające - proste, przyjemne dla oka. W każdej opowieści zastosowane te same, jedynym wyjątkiem są tytuły historii - każda ma swoją własną, unikalną. Onomatopei nie było dużo, wszystkie zostały grzecznie wyczyszczone i zamienione na polskie odpowiedniki. Na kilku stronach bym teksty w dymkach nieco jeszcze poprzesuwała, aby były w środku dymku (np. na 148 stronie).

Za przekład tego tomu był odpowiedzialny Mateusz Haberka, którego mogliśmy już spotkać jako drugiego tłumacza w Kuroko's Basket. Większość mangi czytało się przyjemnie i płynnie, jedynie na początku możemy znaleźć kilka kwiatków - na siódmej stronie brakuje mi słowa "dlatego" pomiędzy "tylko" i "że", na 14 mamy "dasz mi swoją dłoń", 48 - "chyba nie dosięgasz tam sama", 49 - "czy ty nie zjadłaś obiadu". Zastanawia mnie też onomatopeja "MIN", która licznie występowała w drugim rozdziale, cóż ona takiego oznacza. Błędów, literówek nie zauważyłam.

Ponad rok temu Waneko prosiło czytelników o propozycje jedno-dwutomowych mang, które mogliby wydać w swojej serii. Co ciekawe, Na dzień przed ślubem było jedną z moich propozycji (już wiecie komu dziękować :D). Dlaczego akurat ten tytuł? Na to złożyło się kilka czynników, m.in. brak josei na polskim rynku. Hanami wydało parę, jednak nie raz były one przedramatyzowane, a tu mamy spokojne okruchy życia z ciekawymi historiami i ładną kreską. Czemu Waneko zdecydowało się wydać ten akurat tytuł? Podejrzewam, że przez tego kotka z ostatniej opowieści ;)

Teraz czekam na wydanie kolejnych moich propozycji :D



Mangę przeczytałam dzięki uprzejmości wydawnictwa Waneko.



7 komentarzy:

  1. Manga czeka już w koszyku i nie mogę się doczekać aż przyjdzie :) Również mam nadzieję, że doczekamy się więcej josei na polskim rynku. Czekam co JPF zaproponuje po Ludwiku, który średnio mi podszedł.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też czekam, choć żadna z ich propozycji z ankiety ostatniej nie była moją faworytką.

      Usuń
    2. Dla mnie Ludwiczek to taka manga "dla wszystkich, a może dla nikogo" - wpasuje się w gusta "większości", ludzie będą chwalić, natomiast fan(k)om gatunku, może właśnie nie podejść, bo nie ma cech tego gatunku.

      A propo yaoiców i josei to polecam "Nim zakwitną kwiaty" jako BL w klimatach joseiowych ~~

      Usuń
  2. Kupiłam niedawno NDPŚ, bo byłam ciekawa tego pierwszego josei od Waneko. Szczerze? Tyłka nie urwało, fajerwerków nie było. Naprawdę nie mam nic przeciwko powolnej akcji i spokojnej narracji, ale tej mandze brakowało "czegoś". Jak dla mnie jest zwyczajnie nudna. Historie z elementami paranormalnymi były zbyt wydumane, a pierwsze opowiadanie i to o strachu na wróble zalatywały mi w pewnym momencie incestem. Z josei nie mam za dużo do czynienia, więc nie wiem czy tego typu "akcja" to standard w tym gatunku. W każdym razie, szału nie ma.

    OdpowiedzUsuń
  3. Wczoraj dorzuciłam się do dyskusji, a dzisiaj mogę się w końcu zebrać i napisać coś o samej mandze - historię z Azusą czytałam wcześniej i to ona chyba najmniej mi "przypadła" do gustu, może właśnie dlatego, że wiedziałam o co chodzi. Tytuł przypadł mi całkowicie do gustu, i pod względem kreski i pod względem fabuły. Po przeczytaniu poczułam się taka hmm... rozumiana? W końcu to manga o rozstaniach i o tym jak czasem wiele energii, czasu i wysiłku zajmuje nam pożegnanie się z kimś - czy to na zawsze, bo umiera, czy to tylko w jakiś konkretny sposób, bo nasze stosunki, na których opieraliśmy swój mały świat się zmieniają. Myślę, że to naprawdę dobry tytuł dla tych, którzy z takimi różnymi formami pożegnań się w życiu spotkali i potrafią je zrozumieć. Dla mnie jedna z lepszych rzeczy, które ostatnio przeczytałam.

    OdpowiedzUsuń
  4. Niestety, muszę zgodzić się z Maru. "Na dzień przed ślubem" mnie zwyczajnie wynudziło:/. Podobała mi się tylko historyjka o ojcu i córce. Resztę właściwie w siebie "wmusiłam", byle skończyć tomik.

    Na plus muszę za to policzyć kreskę. Jest cudowna, aż szkoda jej dla tego tytułu...

    A onomatopeja "MIN" to chyba odgłos cykad. Na początku opowiadania drugiego widzimy nawet jedną (przysiadła koło drzwi). Też mi to "min" dziwnie wygląda ale w sumie nie wiem, jaki dźwięk wydają cykady;P.

    OdpowiedzUsuń
  5. Mam, ale jeszcze nie czytałam, leży na stosiku zaległości. Których jest tak wiele, że to tak naprawdę kilka stosików w różnych miejscach ;_; Skusiło mnie głównie to, że sama się powoli przygotowuję do ślubu - gdyby tomik miał tytuł od innej z tych historyjek to pewnie nie zwróciłabym tak bardzo uwagi, bo josei kojarzy mi się albo z nudą pokroju Suppli albo brzydkimi rysunkami jak w Ristorante Paradiso. Tak, wiem, mylę się, więc po cichu też liczę, że wydawnictwa wypuszczą więcej mangu kierowanych, w sumie, do mojej grupy wiekowej i obczaję jeszcze jakieś ładne rzeczy :3
    Więc, tego, dziękuję Ci, Ajszo, za polecenie tego Waneku, GOOD JOB :)

    OdpowiedzUsuń