wtorek, 11 sierpnia 2015

[recenzja]Wzgórze Apolla tom 1

Od premiery tego tomu minęło już sporo czasu. Niestety z pewnych przeróżnych powodów swój egzemplarz dostałam dopiero pod sam koniec lipca, no i musiałam mieć trochę czasu na przeczytanie i napisanie poniższego tekstu (a że wakacje...). O ile sam fakt wydania nie wzbudził bardzo dużych emocji w fandomie, to kwestia tłumaczenia rozpaliła tłum do czerwoności. Czy decyzja o wprowadzeniu gwary była dobra? Moje zdanie na ten temat znajdziecie na samiutkim końcu:



Wielokrotne przeprowadzki doprowadziły do tego, że szkoła dla Kaoru stała się jedynie miejscem cierpienia. Na początku lata 1966 roku przenosi się z Yokosuki do prowincjonalnego liceum, gdzie trafia na szkolnego łobuza. Odtąd licealne życie Kaoru zaczyna zmieniać się w nieoczekiwanym kierunku...

Dzieci wciąż przemieszczających się rodziców nie mają lekko. Brak stabilizacji, brak bliższych przyjaciół, ciągłe życie w ruchu, ciągłe zmiany - na lepsze i gorsze. Takie życie od dawna prowadzi Kaoru, syn marynarza. Pierwsza klasa liceum - tym razem chłopak trafia na prowincjonalną wyspę Kiusiu do swego bogatego wujostwa. Jego nowa szkoła znajduje się na wzgórzu, na które pierwszego dnia z mozołem się wspina. Nie oczekuje niczego, będzie jak zawsze - wzbudzi tymczasową sensację, po jakimś czasie wszystko się uspokoi, a on sam niedługo zniknie z życia swoich szkolnych kolegów, nie pozostawiwszy w nich i w sobie żadnych konkretnych wspomnień... Jednak tym razem jest nieco inaczej - spojrzenia są bardziej ciekawskie, szepty intensywniejsze. Kaoru zaczyna czuć się nieswojo, powoli ogarnia go panika, która zazwyczaj kończy się wymiotami. Na szczęście chłopak ma na to sposób - ucieczka na dach!

Jednak kiedy dociera na górny poziom - natrafia na trudności. Drzwi są zablokowane przez śpiącego wysokiego chłopaka, który budząc się myli naszego bohatera z aniołem. Okazuje się, że wejście na upragniony dach jest znacznie bardziej skomplikowane niż można by było tego oczekiwać i stanie się przyczyną zadzierzgnięcia przyjaźni, zarówno z przewodniczącą klasy Ritsuko, jak i naczelnym szkolnym łobuziakiem Kawabuchim.

W rozwoju ich relacji dużą rolę będzie odgrywać również muzyka - Kaoru od dziecka gra utwory klasyczne na pianinie, rodzina Ritsuko posiada sklep muzyczny, w którego czeluściach można znaleźć salę do ćwiczeń w której na perkusji przygrywa jazzowe kawałki Kawabuchi. Główny bohater nie ma szacunku do tej amerykańskiej muzyki - twierdzi, że wystarczy wprawa, aby ją grać i nic więcej. Jednak z drugiej strony jest pełen podziwu dla swojego kolegi, który w grę wkłada całe swoje serce. Sam po cichu zaczyna ćwiczyć jazzowy kawałek, kryjąc się z tym przed wszystkimi, zarówno klasowymi kolegami, jak i rodziną.

Pierwszy tom to wprowadzenie do dłuższej historii przyjaźni wymienionej u góry, nieco niedobranej trójki. Najmniej wyrazistą postacią na tę chwilę wydaje się Ritsuko - ładna, miła, uprzejma, uśmiechnięta, mdła bohaterka. Jej celem w tym tomie było zaprzyjaźnienie dwójki kolegów i onieśmielenie Kaoru. Taki typ "dziewczyny z sąsiedztwa". Główny bohater to chłopak "do bicia", nieco nerdowski, przytłoczony życiem, cichy, jednak potrafiący walczyć o swoje i o innych, gdy go przypili chwila, potrzeba. Wydaje się iść z prądem, egzystować, zamiast czerpać radość z życia - co z podziwiem obserwuje u trzeciego z tego kółeczka - Kawabuchiego. Ten łobuziak to najlepszy zabijaka w szkole, którego boją się nawet starsi koledzy i przed którym są wszyscy ostrzegani. Jednak w gruncie rzeczy to dobry chłopak, ratujący słabszych i gnębionych, przyjaciel z dzieciństwa Ritsuko, którego największą pasją jest jazz i granie na perkusji. Z innych bohaterów, którzy pojawili się na kartach tego tomu możemy wymienić kuzynkę głównego bohatera, miłośniczkę Chopina, Yamaokę, który stoi na czele klasowych "znęcaczy", Maruo - miłośnika radia, który jako pierwszy zagaduje "nowego", Juna i ojca Ritsuko, którzy równie mocno jak Kawabuchi uwielbiają jazz oraz tajemniczą długowłosą dziewczynę, która pojawia się na samym końcu recenzowanego tomu.

Nie czytałam wcześniej tego tytułu, zawsze mnie nieco zniechęcał aspekt dawnych czasów i muzyki. Nie przemawiało to do mnie ponieważ... tak jakoś. Bez żadnego uzasadnienia. Nie jestem fanką jazzu, może dlatego? Znaczy się, mogę posłuchać przez chwilę, ale bez przesady. Nie wiem czemu myślałam, że oni będą tu bardziej koncertować (może będą w kolejnych tomach?) niż przeżywać swoje szkolne życie. W każdym razie lektura uświadomiła mi, że wszelkie moje wyobrażenia były mylne, dzięki czemu przeżyłam miłe zaskoczeni. Fabuła toczy się powoli, leniwie, bez wielkich dramatów, łez, nagłych zwrotów akcji.

To josei - manga dla kobiet, a jednak pokazuje życie japońskich nastolatków. Co sprawia więc, że ten tytuł jest taki inny, doroślejszy? Może fakt, że dzieje się to wszystko w starych, prostszych czasach, gdy ludzie nie przesiadywali przed komputerami, telewizorami, a żyli bardziej kreatywnie, wspólnie, zwłaszcza w mniejszych miejscowościach, gdzie rozrywek na pewno było jeszcze mniej (przynajmniej tak to sobie wyobrażam - współczesna osoba z dużego miasta ;) ). A może to zasługa prostego zabiegu - widzimy świat okiem poważnego, nastoletniego chłopaka, a nie jak to bywa zazwyczaj w takich mangach - dziewczyny/kobiety. A może jeszcze coś innego?

Dodatkowo na końcu tomu mamy krótkiego one-shota pt. Pestek, opowiadającego o zapracowanej singielce, która przygarnia po pijaku pewną dziwną roślinę z której rodzi się (?) jeszcze dziwniejszy męski osobnik. Niczym nie wyróżnia się ta historyjka, widziałam już podobne, lepsze i gorsze. Ot, taki przerywnik, wypełniacz stron. Ostatnia strona to już kącik odautorski z kilkoma słowami i 4-komą, w której autorka znęca się nad biednym Maruo.

Sporo robi kreska Yuki Kodamy - mangowa, lecz w typie realistycznym, pasująca do tej opowieści. Brak tutaj wielkich oczu, wychudzonych sylwetek, serduszek, kwiatków i innych udziwnień. Mamy zwyczajnych ludzi, nie grubych, nie chudych, nie przepięknych czy brzydkich - tylko takich normalnych, różnych, których widzimy sami na codzień. Kreska jest "jasna", czysta, teł nie ma za dużo - czasem jakiś raster, niezbyt szczegółowe otoczenie. Więcej pracy natomiast włożono w instrumenty muzyczne - zwłaszcza w perkusję Kawabuchiego. Nie wiem jak dokładnie ubierali się w Japonii w tamtych czasach, ale na pewno ich stroje mają nutkę "old-schoolową" (zwłaszcza strój kąpielowy Ritsuko). Postacie można bez problemu od siebie odróżnić, wielkich błędów w budowie ciała (oprócz strony tytułowej ostatniego rozdziału), czy perspektywie nie wychwyciłam (oczywiście nie zapominajmy, że to wciąż manga i nie ma co oczekiwać 100% poprawności). Przejścia między kadrami są płynne, logiczne.

Wzgórze Apolla to druga, po Rewolucji według Ludwika, manga wydana przez JPF w serii "nietypowe shoujo/josei". Standard wydania został zachowany ten sam - duży format A5 w miękkiej okładce z matową okładką. Z przodu widzimy głównego bohatera w czarnym szkolnym mundurku na czerwonym tle, które przypomina widziany z bliska materiał. Po jego lewej stronie mamy żółty tytuł (z ładnie wkomponowaną nutką), autorkę (tu mało mi się podoba czcionka) i dość mało widoczną pomarańczową jedynkę. Na grzbiecie widać przedłużenie rysunku z frontu, wszystkie niezbędne elementy i logo wydawnictwa. Z tyłu mamy dwójkę pozostałych bohaterów, krótki opis u dołu, cenę, isbny i kod kreskowy. Na lewym skrzydełku znajdziemy tylko czerwone tło, natomiast na prawym profil autorki na białym tle i rysunek płyty winylowej. Całość wygląda prosto i elegancko, jedynie twarze naszych bohaterów są jakieś bardziej żółte niż zazwyczaj to bywa w mangach (wydawanych poza Japonią). Pod obwolutą znajdziemy jej przedruk w odcieniach szarości.

Tomik otwiera się łatwo, marginesy wewnętrzne są spore, może leciutko za duże jak dla mnie, ale nie przeszkadza to w lekturze. Papier jest biały, lekko przebijający, nie falujący. Numeracja stron jest dwojaka... Pojawia się na każdej stronie z czymże albo w dolnym zewnętrznym rogu i wtedy jest to spora, gruba, pochylona czcionka, natomiast na pozostałych stronach znajduje się w wewnętrznym rogu i jest to cyferka cienka, mała, otoczona prostokątem (tych jest więcej). Zapewne ta pierwsza paginacja jest oryginalna, wzięta z japońskiego wydania, a na dokładkę JPF dorzucił nam swoją w bonusie. Przy czym jej umiejscowienie jest mało praktyczne. Druk jest wyraźny, nasycenie czerni w porządku, na szczęście nie jest przesadzone jak to bywa w ichnich wydaniach. Niewielka ilość stron w oryginale była w kolorze, u nas dostajemy je w czerni i bieli, ale tu trzeba przyznać, że zostały wyjątkowo dobrze przerobione - ciekawe czyja to zasługa? JPFu, autorki, Shogakukana, losu?

Początkowo "główną" czcionką we Wzgórzu Apolla miała być ta co widzieliśmy w Ouranie, jednak po protestach ze strony czytelników - cały gotowy tomik został przerobiony na fonta bardziej stonowanego, prostego - który rzeczywiście bardziej pasuje do tej opowieści. Pozostałe użyte czcionki również to wielokrotnie używane i nieprzekombinowane literki. Onomatopeje to standardowo jpfowskie spore i wypukłe wyrazy dźwiękonaśladowcze. Czasem nieco za duże, ale generalnie nie zwracające na siebie uwagi.

Z tłumaczeniem tej mangi JPF od początku miał pod górkę u fanów - wpierw pojawiła się informacja, że za przekład nie będzie odpowiedzialny Paweł Dybała, a Agnieszka Opałko, która powraca na scenę tłumaczeniową po wielu latach nieobecności, a której prace nie były wspominane z jakimś wielkim entuzjazmem. Potem gruchnęła wieść, że nie będzie gwary - zaczęły się protesty. Po dodaniu gwary - znów protesty. Złoty środek? Chyba nie ma...? Od razu przyznam się, że jestem w grupie antygwarowej. Dlaczego? Bo to dla mnie coś nienaturalnego, dziwnego, niekiedy niezrozumiałego. Gdyby ktoś zaczął do mnie mówić gwarą to prawie tak jakby gawarił po rusku albo mluwił po czesku. Czyli coś tam rozumiem, ale wciąż bym się zastanawiała, czemu do cho... nie mówi on/ona po normalnemu? ;) Do dzisiaj mam traumę po czytaniu Love Hiny w której nie rozumiałam o czym część bohaterek gada (a czcionka nie pomagała). Nie po to wydaję pieniądze, aby nie rozumieć co czytam czy też nie czerpać przyjemności, którą daje doskonały przekład. Oczywiście rozumiem, że zastosowanie gwary miało swoje bardzo logiczne i słuszne uzasadnienie - została ona zastosowana w japońskim oryginale, więc niejako powinna być i u nas.

Jak ostatecznie czytało mi się ten tomik? Pierwsze zetknięcie - "ooo, literówka - niedobrze... aaa... to ta gwara..." Pal licho takie sytuacje, gorzej przedstawiały się takie kwiatki: "przekludził", "leluja", "habryć", "pedzieć rychlij", "asi" - w którymś momencie przestałam zapisywać, bo nie było sensu. Niby z kontekstu można było się domyśleć o co chodzi, ale nie zawsze mi się udawało. W pierwszej chwili był to szok (niby wiedziałam, że będzie gwarowo, jednak miałam nadzieję, że będzie mniejsze natężenie), oszołomienie, a potem jednak przeszłam z tym do porządku dziennego. Z wielkim trudem, pod koniec tomu, ale przyzwyczaiłam się nieco. Chociaż wciąż uważam, że większą przyjemność sprawiałoby mi czytanie Wzgórza Apolla w mym ojczystym języku w całości, a nie tylko częściowo. Kwestia gwary nieco zawładnęła lekturą tej mangi, przez co skupiałam się bardziej na zrozumieniu tekstu, zamiast zwracaniu uwagi na inne szczegóły - onomatopeje, rysunki, ewentualne błędy. Właśnie, błędy - niestety nie jestem w stanie Wam powiedzieć czy jakieś wystąpiły, gdyż to co dla mnie jest literówką, tutaj teoretycznie może być poprawne...

Reasumując - latka lecą do przodu, gust nieubłaganie się zmienia. Coraz głośniej do głosu dochodzi u mnie niechęć do szkolnych romansów, głupich shoujców na jedno kopyto, w których kiedyś się zagłębiałam. Ogólnie od jakiegoś czasu czytam o wiele mniej mang niż kiedyś - jedynie te na które naprawdę mam ochotę. Dlatego też ostatnio kupuję dość mało, a zapowiedzi coraz rzadziej do mnie trafiają. Po Rewolucji według Ludwika, która nie przypadła mi zbytnio do gustu, nie przyjęłam z wielkim entuzjazmem nowiny o Wzgórzu Apolla. Oczywiście zakup pierwszego tomu był musem, jednak co dalej? Koniec końców okazuje się to manga dla mnie, tylko ta nieszczęsna gwara... No ale osobiście nie mam takich dziwnych zachowań typu "nie lubię osoby z wydawnictwa - nie kupię", "przetłumaczyli tytuł/imię/atak/cokolwiek - nie kupię". No cóż, będę cierpieć i mieć nadzieję, że w dalszym tomie nieco zelżeje natężenie dziwnych, obcych mi wyrazów.



P.S. Swoją drogą to właśnie zauważyłam, że od poprzedniej recenzji na blogu minęły grubo ponad dwa miesiące. Jak ten czas leci... A obecne upały nie sprzyja włączaniu komputera i co za tym idzie - dodatkowego grzania...

P.P.S. "Ksiondz pedzioł" zwycięzcą tomiku...

10 komentarzy:

  1. W sumie ja nie byłam jakoś za gwarą, ale tłumaczenie wstępne wydawało mi się znowu zbyt uwzspółcześnione i nowoczesne, a akurat w tej historii czas, w którym odbywa się manga jest bardzo ważny (powstanie studenckie itp.). Do gwary też musiałam się przyzwyczajać, ale i tak odetchnęłam trochę z ulgą, bo ta pierwsza wersja "bardzo na czasie" mnie raczej negatywnie zaskoczyła. Tak samo jak początkowe hasła o tym, że to przede wszystkim manga młodzieżowa, dlatego język został tak uwspółcześniony. No, ale przynajmniej JPF trochę zmienił swoje poglądy na ten temat. I fakt, czytanie z gwarą nie jest dla mnie najwygodniejsze tak samo jak dla ciebie, ale i tak poczułam jakąś ulgę.

    Co do jazzu - nie jest to raczej manga o zespole próbującym się wybić tworząc muzykę i jest tylko tłem dla całej historii i dorastania bohaterów. W sumie nie tylko uczniowie, ale i studenci odgrywają tutaj ważną rolę. A poza tym na końcu jest też dorosłe życie bohaterów - co prawda w anime tylko w ostatnim odcinku i nie mam pojęcia jak to jest rozwiązane w mandze, ale pewnie też się pojawią.

    Cieszę się, że tytuł przypadł ci do gustu w takim ogólnym rozrachunku - jak dla mnie to naprawdę bardzo fajny josei i taki... pasujący do grupy docelowej. Ludwika zakupiłam jakiś czas temu, bo "josei", ale póki co nie mogę się przebić przez pierwszy tomik, więc jeszcze nie mam opinii, ale z mang Kaori Yuki przypadły mi do gustu chyba tylko dwie jak do tej pory.

    OdpowiedzUsuń
  2. W sumie to nie jest gwara, tylko stylizacja gwarowa.

    OdpowiedzUsuń
  3. "przekludził", "leluja", "habryć", "pedzieć rychlij", "Ksiondz pedzioł" - Mój Boże, co to niby znaczy? Powinny być przypisy...
    Czytałam pierwszy rozdział tej mangi i był bardzo fajny. Idealny wstęp do yaoi*. Jednak nie zdecydowałam się ostatecznie na kupno, bo już za dużo serii kupuję (ponad 30)

    *skojarzenie samo mi się nasunęło ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przekludził - przeprowadził, przeniósł.
      Leluja - słabiak, łamaga.
      Pedzieć rychlij - powiedzieć prędzej/szybciej.
      Ksiondz pedzioł - Ksiądz powiedział.

      Usuń
  4. Przez ta gwarę nic nie zrozumiałam a jestem ze śląska... strasznie utrudnia czytanie i psuje totalnie mangę Więcej tomów nie kupię. Z tego co wiem to niby miał być śląski a to jest jakieś gówno wymyślone a nie żadna gwara prawdziwa xD Tragedia

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z ciekawego śląska jesteś skoro nie wiesz, że gwara ma z 12 odmian w zależności od miejsca...

      Usuń
    2. Po pierwsze nie jest typowa gwara (to mniej więcej taka "gwara"jak ta z serialu "Święta wojna"). Po drugie tak jak napisała osoba wyżej odmian gwary śląskiej jest bardzo wiele, a po trzecie znając obojętnie jaką odmianę to chyba nie sposób tego nie zrozumieć. Czasami odmiany wyrazów różnią się jedną literą w wyrazie, więc chyba można się domyślić, co to oznacza.

      Usuń
  5. @Otai Anime jest króciutkie, więc pewno będzie tu znacznie więcej dorosłości - ogólnie dzięki za informacje, czyli nie będą tylko w liceum, ale będą pokazani w dłuższym okresie czasowym - super.

    @mysza, Anonimowy - no właśnie, nie jestem kompletnie w stanie powiedzieć co to jest, to co tam się znajduje i czy jest poprawne, czy to gwara, stylizacja czy zmyślony język... Ech...

    @Meliona - "Ksiondz pedzioł" to "Ksiądz powiedział", "leluja" to jakieś nieładne określenie osoby, reszty nie pamiętam, a nie mam jak teraz sprawdzić.. Rzeczywiście, yaoi mogłoby z tego być, hahah :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wydawnictwo powiedziało, że stylizacja, nie żadna konkretna gwara.

      Usuń
  6. Pierwszy tom już dawno mam przeczytany i szczerze, to nie pamiętam abym miała jakiś problem ze zrozumieniem tekstu. Może dlatego, że to nie jest 100% gwara a jedynie stylizacja.
    Co do samej mangi, czytało się przyjemnie i całkiem... spokojnie. Znaczy, ja zaczytuję się głównie w shounenach gdzie akcja rwie do przodu i ciągle coś się dzieje. WA to całkiem miła odmiana, acz jakaś wielką fanką josei raczej nie zostanę.

    OdpowiedzUsuń