niedziela, 24 kwietnia 2016

[recenzja]W cieniu betonowej dżungli tom 1

Sporo wody upłynęło od czasu poprzedniej recenzji. Aż nie chce mi się wierzyć... I, o dziwo, nie było to spowodowane brakiem czasu - tylko brakiem materiału do recenzowania. Choć gdyby był takowy - nie wiem czy dałabym radę. Ale wiecie, lepiej napisać, że to nie moja wina, tylko tych niedobrych wydawców, którzy jakoś nie mogą trafić w moje gusta. No, ale przyszła wreszcie wiosna i zaczęły się pojawiać co ciekawsze tytuły. O wszystkich pisać nie będę, a wręcz nie mam pewności, czy coś się jeszcze w najbliższym czasie pojawi, ale starać się będę, więc jak Bozia pozwoli, to coś będzie.


Ciężkie jest życie młodej ilustratorki. Kto jak kto, ale 26-letnia Yun-Ook Jang wie o tym doskonale. Pracuje jako wolny strzelec przygotowując ilustracje do magazynów. Zleceń jednak nie przybywa, przelewy pojawiają się z dużym opóźnieniem, a wydatki przewyższają dochody… Co więcej ma ona dość znaczącą słabość, a mianowicie zakupoholizm. Po wejściu do sklepu traci wszelkie zahamowania i kupuje wszystko, co tylko wpadnie jej w oko, powiększając w ten sposób swoje zadłużenie. Pewnego dnia osiąga ono już takie rozmiary, że w akcie desperacji Yun-Ook postanawia znaleźć współlokatora, który odsunąłby od niej widmo komornika. Traf pada na krnąbrnego i tajemniczego pracownika baru, Bum-Moo Lee. Od samego początku wspólne mieszkanie sprawia obojgu spore kłopoty, doprowadzając w rezultacie do licznych sprzeczek. Gwoździem do trumny okazuje się wyjście na jaw jednej z tajemnic Bum-Moo…

Życie 26-letniej singielki w dużym mieście nie należy do najłatwiejszych (a czyje takie jest?). Yun-Ook pracuje jako ilustratorka na zlecenie, co oznacza konieczność dostosowywania się do wymagającego klienta, trudności w realizacji własnych pomysłów, marzeń, no i oczywiście – brak stałych dochodów. A gdy dochodzi do tego rozrzutność / zakupoholizm – zaczynają się problemy, bo przecież czynsz czy karty kredytowe same się nie opłacą. Pieniądze niestety nie spadają z nieba. Gdy któregoś dnia okazuje się, że portfel świeci pustkami, a rachunki rosną – nasza główna bohaterka staje przed trudnym(?) wyborem. Albo sprzeda pralkę i lodówkę, albo przyjmie współlokatora do swojego mieszkania. Ma dodatkowy pokój, który opróżnia z zalegających tam gratów, wywiesza ogłoszenie i… cała sprawa nie okazuje się taka prosta, jakby mogło by się wydawać.

Jakoś nikt się nie zgłasza, a jeśli już ktoś dzwoni w tej sprawie – problemem okazuje się jej płeć. Co dziwne, nikt nie chce iść na współlokatorkę do mieszkania, którego właścicielką jest kobieta. Rozżalona Yun-Ook wyskarża się przyjaciółce w barze, gdzie dodatkowo… zostaje poproszona o dowód osobisty przez mało uprzejmego pracownika. Nie zdarza to się jej pierwszy raz, co ją mocno irytuje (zamiast cieszyć, że młodo wygląda…). Powoli traci już nadzieję, zaczyna wieczorami upijać się do lustra, marudząc na swój ciężki los. Dlatego też, czy można się dziwić jej desperackiej próbie zatrzymania pewnego młodego mężczyzny, który przyszedł spytać się o wynajem pokoju?

Jednak następnego dnia dziewczyna nic z tego nie pamięta i w pierwszej chwili chce dzwonić na policję. Sprawa się wyjaśnia, dzięki czemu heroina zyskuje Bum-Moo jako lokatora i wielce potrzebne jej pieniądze na spłatę długów. Mijają dni – nasi bohaterowie zaczynają się przyzwyczajać do wspólnego mieszkania, docierają się ich przyzwyczajenia, próbują się nawzajem „rozgryźć”, poznać. Początkowo jedynie się mijają, jednak z czasem więzi nieco się zacieśniają, zdarza im się spędzać razem czas, również poza mieszkaniem. Prowadzi to do różnych, oczywistych komplikacji, na dodatek na scenie pokazuje się tajemnicza blondynka, blisko związana z młodym chłopakiem…

Dość niespiesznie tocząca się opowieść W cieniu betonowej dżungli pokazuje fragmenty wspólnego życia dwójki głównych bohaterów. Nie jest ono szczególnie fascynujące – dziewczyna rysuje w domu przy biurku, ogląda telewizję, czasem wychodzi na miasto z przyjaciółkami. Chłopak pracuje dorywczo, często w nocy, a w dzień śpi, bądź wyleguje przed telewizorem. Na co dzień prowadzą oni życie takie jak wiele z nas – niezbyt ekscytujące, raczej wygodnickie, jeden dzień mija za drugim, zamieniają się one w tygodnie, miesiące. Czas ucieka między palcami, przyjemnie, bez większych dramatów. Jednak nie może być za dobrze – życie nie pieści, na ich drodze prędzej czy później pojawią się przeszkody.

Główna bohaterka, Yun-Ook Jang, to zwyczajna młoda kobieta, która wiele lat temu przeprowadziła się do Seulu, gdzie ułożyła sobie już jako tako życie. Nie tak dawno temu rozstała się z chłopakiem, z rodziną kontaktuje się tylko sporadycznie, ma trochę przyjaciółek, jednak na ogół prowadzi dość samotne życie, zwłaszcza że pracuje w domu. Nie alienuje się, ale też szczególnie nie zabiega, aby być ciągle wśród ludzi. Z jednej strony jej praca ilustratorki pochłania ją – lubi to zajęcie, jednak z drugiej frustruje, gdyż jej wizje, projekty, często nie pokrywają się z tym co oczekuje od niej pracodawca. Dużo pali, pije, wydaje pieniądze na nie zawsze bardzo potrzebne rzeczy. A z drugiej strony, wydaje się być zaskakująca rozsądna, jeśli chodzi o jej relacje z młodszym o sporą ilość lat Bum-Moo Lee, który jeszcze nawet nie przekroczył dwudziestki i jest, tak naprawdę, człowiekiem-zagadką. Wygląda na to, że zakończył on wcześnie swoją edukację, utrzymuje się sam z bycia barmanem, a w wolnym czasie przesiaduje raczej w domu. Jako współlokator nie jest specjalnie uciążliwy, nie urządza imprez, nie śmieci, układnie i grzecznie trzyma się swoich spraw, którymi raczej nie dzieli się z główną bohaterką. Sprawia wrażenie opiekuńczego, nieco melancholijnego, pogodzonego ze swym losem.

Powoli rozwijające się relacje tej dwójki stanowią istotę pierwszego tomu tej manhwy autorstwa Jung-Hyun Uhm. Na kartach opowieści pojawiają się inne postacie, jednak zazwyczaj stanowią oni tylko mało wyróżniające się tło, najczęściej nie znamy ich imion i nazwisk. Wspomnieć mogę o tym, że osobiście odniosłam wrażenie, że znajome Yun-Ook z którymi od czasu do czasu się spotyka, nie są jakimiś jej szczególnie dobrymi przyjaciółkami, bądź mało zainteresowanymi naszą bohaterką. Tak naprawdę jedyną postacią, która miała wpływ na toczącą się tu opowieść i będzie pewno mieć jeszcze w dalszej akcji – jest, początkowo tajemnicza, blondynka, która pewnego dnia puka do drzwi mieszkania i wydaje się bardzo dobrze znać Bum-Moo.

Na naszym rynku wydawniczym josei, czyli komiks dla dorosłych kobiet, nie jest szczególnie popularny. Owszem, wydawcy od czasu do czasu decydują się iść w tę stronę, jednak jak historia pokazuje – nie sprzedaje się one tak dobrze, jak inne. Dlatego też, oferta w tej kwestii jest raczej uboga. Najbliższym chyba tytułem, do którego można porównać W cieniu betonowej dżungli jest wydane już sporo lat temu Suppli, którego to w trakcie czytania nie zostałam szczególną fanką. Omawiana tu manhwa wydała mi się lepsza - nie miałam podczas lektury żadnego uczucia, że się męczę. Naprawdę. Swego czasu z trudem przebrnęłam przez mangę wydaną przez Hanami, która też nie szczyciła się najlepszym tłumaczeniem. Albo może dlatego że jestem obecnie starsza, wiekowo bardziej zbliżona do bohaterek tych komiksów...

Jung-Hyun Uhm według MU nie ma za dużego manhwowego dorobku. Wręcz jest to jej jedyna praca wydana w tomikach. Próba odnalezienia czegoś więcej w azjatyckich księgarniach online - zakończyła się niepowodzeniem. Jej kreska wygląda na typową przedstawicielkę pewnego koreańskiego nurtu shoujo/josei, w który wpisuje się również chociażby Lee Hyeon-sook (ta od Savage Garden i Kwiatów grzechu). Postacie są szczuplutkie, zwiewne, wysokie, z przydługimi kończynami, mają ostro zakończone, trójkątne buzie, charakterystyczne, średnio duże oczy. Co rusz widać ich w innych ubraniach, zgodnych z obowiązującą modą, inaczej zaczesanymi włosami (w przypadku Yun-Ook). Z minusów możemy wymienić problemy z dłoniami, "krzywe mordy" czy widoczne, lekko denerwujące przeskoki w akcji - zwłaszcza na początku tomu, przez co zastanawiałam się, czy aby na pewno strony są wydrukowane w odpowiedniej kolejności. Jeśli chodzi o tła, to przeplatają się tu białe czyste, z rastrowymi i niezbyt szczegółowymi rysunkami. Ogólnie podsumowując - pod względem rysunku nie dostaliśmy tu nic do piania zachwytów, jednak też nic złego. Kreska dobrze pasuje do opowieści, nadaje jej wielkomiejskiego szyku.

Yumegari wydało W cieniu betonowej dżungli w standardzie Savage Garden - a więc mamy tu do czynienia z dużym formatem 13,8cmx19,7cm, obwolutą, która niestety jest ślisko-błyszcząca, z dużymi skrzydełkami. Wydawnictwo z Poznania całkowicie zmieniło jej wygląd w stosunku do oryginału i tak tutaj mamy na froncie dwójkę naszych bohaterów o trupiobladych licach, ubranych na szaro-kolorowo, na niebieskim, metalicznym tle. Całości dopełniają: czarny tytuł i numer tomu (którego czcionka daje takie "cegłowe" wrażenie) oraz biała autorka (ale to zabrzmiało ;D). Nie jest ona może najpiękniejsza, ale wcześniejsza wersja też nie była jakaś cudna. Trochę dziwne posunięcie, ale jakoś nikt się specjalnie nie oburza - to znak, jak mało popularny był ten tytuł przed licencją. Bo psychofani takiego Fairy Tail nie darowali by wydawcy takich zmian. Ale wracając do naszej manhwy - grzbiet to w dalszym ciągu metaliczny gradient z obowiązkowymi napisami, pisanymi tak samo jak na froncie, plus logo wydawnictwa, które kolorystycznie tutaj nie pasuje. Z tyłu mamy czarno-metaliczno-biały rysunek miasta - industrialnej dżungli, ciągnący się aż na prawe skrzydełko. A także, znów mocno wyróżniające się (niekorzystnie), oznaczenie wiekowe i gatunkowe. Natomiast na lewym skrzydle odnajdziemy kawałek ręki Bum-Moo oraz opis fabuły. Po ściągnięciu obwoluty ujrzeć można biało-czarny tomik, z grafikami naszych bohaterów, opisem i obowiązkowymi elementami.

Środek (otwierany na zachodnią modłę) wita nas jedną kolorową kartką. Gładką, śliską, nieco grubszą niż pozostałe, choć niestety prześwitującą. Dalej mamy niezbyt cienkie, dość gładkie, bielutkie kartki, przez które również widać "co nieco", choć raczej słabo. Gdy dostałam tę manhwę, miała ona tendencję do falowania, która zniknęłam po jakimś czasie. Tom otwierał się początkowo dość opornie, podczas lektury nieco się wyrobił, jednak wciąż nie jest to czysta przyjemność. Na szczęście margines wewnętrzny jest wystarczający, aby lektura przebiegała gładko. Numeracja stron występuje, nawet dość często, choć nie jakoś bardzo. Jeśli chodzi o druk, to generalnie jest ok - może nie jest on najbardziej nasycony, najwyraźniejszy na świecie, jednak dość przeciętny jak na nasze polskie standardy, choć przyznam, że od czasu do czasu jest coś jakby słabiej odbite. A podczas lektury miałam również wrażenie, że materiały jakie Yumegari dostało - nie było najlepszej jakości, lekko nieostre.

Jeśli jesteście w posiadaniu Savage Garden - to już wiecie czego się spodziewać pod względem czcionkowym w opisywanej tu manhwie. Proste, niewyróżniające się niczym fonty, zarówno do dialogów, jak i nielicznych onomatopei, które w całości zostały przetłumaczone na nasz ojczyzny język. Zresztą w całym tomiku praktycznie nie uświadczymy żadnych koreańskich znaczków, co najwyżej jakieś malutkie, mało ważne banerki w tle. Ogólnie typesetting jak to zazwyczaj u Yumegari - bardzo dobry.

Za tłumaczenie tego tytułu była odpowiedzialna Aleksandra Mazaraki, dla której to chyba jest debiut na polskiej scenie - nie mam, oczywiście, wszystkich tytułów, jednak dotychczas się nie spotkałam z tym nazwiskiem. Miała ona dość proste zadanie - tekstów nie jest za dużo, a ich język raczej prosty. Poradziła sobie dobrze, choć zdarzyły się leciusieńkie zgrzyty, ale na tyle mało istotne, że nawet ich nie zapisywałam w swoim kajeciku. Generalnie czytało się przyjemnie i płynnie. Błędów ortograficznych czy innych takich nie zauważyłam.

Przyszedł wreszcie(!) czas na podsumowanie. Jako przedstawicielka grupy docelowej tego tytułu - jestem zadowolona z kupna. Wiadomo, nie jesteśmy rozpieszczane za bardzo przez polskich wydawców, dlatego teoretycznie trzeba brać wszelkie ochłapy jakie dają. Jednak W cieniu betonowej dżungli nie jest ochłapem, choć trzeba przyznać, że fabuła nie jest jakaś szczególna, znam kilka innych tytułów o podobnej koncepcji. To po prostu przyjemna, spokojna, niezobowiązująca lektura, bez wydumanych problemów, wielkich nastoletnich dramatów, płaczów, zakochiwań, odkochiwań, trójkatów i czworokątów. Niestety zdarza mi się jeszcze czytać shoujce i im starsza jestem, tym bardziej się im dziwię. No, ale cóż... starość nie radość, ino spokój.

ci1.jpg ci2.jpg ci3.jpg ci4.jpg ci5.jpg ci6.jpg ci7.jpg ci8.jpg ci9.jpg ci10.jpg ci11.jpg ci12.jpg ci13.jpg

4 komentarze:

  1. Czizys, masz kajet na błędy tłumaczeniowe? xD
    Też pewnie dziś bym się tak nie nudziła przy Suppli, ale nie chcę sprawdzać bo tamto jednak długie było - a tu tylko dwa tomy, lubię krótkie historie. Dzięki za ten tekst, tym chętniej będę czekać aż komplet się pojawi i łyknę jak Reversal :3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Powiedzmy ;) Po prostu w trakcie czytania mangi (która ma mieć recenzję), zapisuję swoje uwagi w zeszycie (najczęściej), żeby nie zapomnieć. Bądź strony z błędami itp.

      Usuń
  2. Mam ogormną ochotę na tę mangę, w końcu to zaledwie dwa tomy, ale jakoś nie mogę jej upchnąć w budżecie :C
    Uwielbiam to imię, Bum-Moo, coś pięknego.
    Mam nadzieję, że to coś lepszego od Dyni z majonezem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mnie też Dynia z majonezem szczególnie nie zachwyciła... Fajna treściwa recenzja, chętnie sięgnę po tę manhwę :)

      Usuń